
Do miasta słynącego z fabryki Volkswagena i wszystkiego, co z nim związane wybrałem się wraz z Devem oraz Darkiem. Na miejscu spotkaliśmy się z Cronosem, Lucą i Prezesem, którzy podróżowali do Niemiec w dzień meczu, a także z Grackiem i Sieniem. Miejscem zbornym naszej ekipy były Gliwice skąd Devową Corsą z potężnym silnikiem 1.0 litra mogliśmy pomknąć przez Polskę a następnie słynne niemieckie autobahny. Sama trasa bez większych problemów - raz wylądowaliśmy w lesie po tym jak GPS pomylił drogę. Osobiście niemieckie drogi naprawdę mnie urzekły- podróżowanie nimi to czysta przyjemność.
Po dotarciu na miejsce okazało się ze w hostelu będziemy mogli się zameldować dopiero koło południa. A był to poniedziałkowy poranek. Zwiedziliśmy miasto i obejrzeliśmy wschód słońca nad stadionem. Widok naprawdę godny. Po zrobieniu kilku pamiątkowych zdjęć i zbadaniu terenu wroga udaliśmy się do pobliskiego parku wcześniej robiąc skromne zakupy. Pogoda iście wiosenna sprawiła, że Beck’s smakował wyśmienicie. Po opróżnieniu kilku butelek, wysłuchaniu kilku historii z życia wziętych i po tym jak Dev skończył podrywać gorące 80-tki z niedalekiego domu starców wróciliśmy do hotelu przespać się ze 2. godziny zmęczeni po podróży. Na miejscu krótka pogawędka z pracującym tam kibicem VFL i kimono. Wieczór to czas spędzony w Irish’u gdzie liczyliśmy na spotkanie kilku Manc’sów. Ci jednak pojawili się dopiero w match, day czyli we wtorek. Wracając po wieczorze spędzonym w brytyjskiej knajpce skusiliśmy się na coś makaronopodobnegu w chińskiej budce… Ostry sos pokonał mnie i Deva, musieliśmy ratować się Beck’sem, który na szczęście nie opuścił nas w potrzebie. W hotelu „poczytaliśmy trochę grubsze lektury” i poszliśmy grzecznie spać.
Kolejny dzień pobytu, w co by nie było świetnym i pięknym miejscu, jakim jest Wolfsburg zaczęliśmy od odwiedzenia serca tego 130. tysięcznego miasteczka. Autostadt, czyli miejsce poświecone motoryzacji, na której Wolfsburg się opiera. Pojazdy poruszające się po drogach tego miasta to w 90% same Volkswageny! Darek postanowił posiedzieć w knajpce a ja i Dev pooglądaliśmy cuda motoryzacji. Samo muzeum bardzo sympatyczne, wiele różnego rodzaju multimedialnych bajerów i kilka świetnych samochodów takich jak np. Audi R8 czy Lamborgini Gallardo, które można było dotknąć i obejrzeć z każdej strony. Na uwagę zasługiwało centrum VW, w którym można było odebrać jeszcze „gorące” i świeżutkie auto prosto z taśmy produkcyjnej. Troszkę nas to rozbawiło, bo sytuacja, w której na tablicy świetlnej wyświetla się nazwisko kolejnego klienta, który ma odebrać nowego Volkswagena była nieco komiczna. Swoją droga, gdyby nie ta fabryka to chyba to miasto by nie istniało. Po jakiś 3 godzinkach w Autostadt udaliśmy się wszyscy razem na stacje kolejową gdzie odebraliśmy bilet na mecz dla Darka, który przywiozła nam fanka United z Berlina. Po tym nadszedł czas na spotkanie z ekipą Prezesa, po którą udaliśmy się do oddalonego o blisko 30. km małego miasteczka. Kilka dłuższych chwil później razem udaliśmy się już razem do baru Paulanera znanego nam z Monachium gdzie wypiliśmy po piwku i przekąsiliśmy, co nieco. Dalej to już czas bezpośrednio przed meczem.
Miasto zaczęło roić się od Anglików. Wspólne śpiewy w Irish’u a wcześniej okazja do poznania znajomych Wojtka z Holenderskiego MUSC. Troszkę pośpiewaliśmy w knajpie i udaliśmy się w stronę stadionu. Sama impreza w barze bez szału, bo trochę się na nią spóźniliśmy. Wraz z, Sienio który dotarł ze swoim kolegą w międzyczasie udaliśmy się na stadion. Pięknie było wędrować z piwkiem w ręce bez obawy o interwencje policji…
Po dojściu pod wejście na sektor United pogadałem chwile ze Stewardami. Jako ze mieliśmy bilety na miejsca bezpośrednio obok sektora Red Army starałem się uzyskać jakiś informacje na temat ewentualnego dostania się do naszych. Skierowani do odpowiedniej bramki zostaliśmy przeszukani i ogólnie standardowe procedury… dalej jednak zostałem poproszony o zostawienie mojej koszulki z crestem MUFC i szalika w depozycie… wtf? Inni na sektorze w koszulkach United, a ja i Gracek, którego spotkaliśmy w kolejce na stadion musieliśmy zostawić nasze rzeczy. Po wejściu na stadion szybki rekonesans. Po lewej nasi, na dole nasi- skaczemy? Wchodzimy z płotem? Nawijka do Stewardów i cień szansy – za 5 min miał nam powiedzieć czy możemy iść na sektor kibiców Man United. Gracek był już zdecydowany przechodzić przez lukę pod płotem, a Angielscy Kibice zachęcali go do tego ochoczo. Gdyby nie pozytywna decyzja Stewardów pewnie zdecydowalibyśmy się na ten akt desperacji. Zabrano naszą trójkę, czyli mnie, Deva i Gracka (Reszta udała się na swoje sektory) na dolny sektor United. Misja wykonana pomyśleliśmy. Ah gdyby nie ten mój dar przekonywania!
Po spotkaniu na Volkswagen Arena pożegnaliśmy Gracka i Sienio, którzy wracali już do domu, a my udaliśmy się z powrotem do Irisha gdzie siedzieliśmy do późnej nocy. Jako, że ja, Dev oraz Darek nie mieliśmy noclegu w Wolfsburgu wbiliśmy się do Prezesa gdzie przekimaliśmy. Rano pożegnaliśmy się z chłopakami, a właściwie z Lucą, bowiem Prezes i Cronos poszli popływać na hotelowy basen. Powrot do domu i tym samym powrót do codzienności. I znowu oczekiwanie na mecz United na żywo… to wciąga, strasznie!
Relację przygotował Bobok.
