Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

05.10.2014 Manchester United - Everton

         Sierpień, jakże piękny słoneczny miesiąc, to czas szykowania się do corocznego Zlotu MUSC, ale także czas wielu
forumowych inicjatyw. W pierwszych tygodniach sierpnia pojawił się post, informujący o zorganizowanym wyjeździe z przewodnikiem. Naszym rywalem miał być Everton. Targany różnymi wątpliwościami, rozczarowany poprzednim sezonem, jak i wynikiem z poprzedniego, mojego debiutanckiego wyjazdu, rozpocząłem obserwację wątku. Z dnia na dzień osób przybywało, ale w większości były to dla mnie wtedy obce osoby. Jednak serce podpowiadało mi, żeby pojechać i wesprzeć nasze Czerwone Diabełki i poznać nowych towarzyszy i towarzyszki. Szybkie logowanie na forum, wpis, wpłata i cierpliwie czekamy. Wakacje niestety szybko minęły i nim się obejrzałem, nastał upragniony dzień wyjazdu.


       Był to ciepły i słoneczny poranek 4 dnia października. Pora ruszać, wsiadam w swą czerwoną diablicę i ruszam z Zielonej Góry. Przede mną 462 KM drogi. Po drodze w Nowym Tomyślu zabieram naszego przewodnika Michała, a około 100 km dalej Witasa, którego wcześniej ani ja, ani Michał nie mieliśmy przyjemności poznać. Droga minęła dość szybko, za nic nie przypominało to zeszłorocznej podróży do Gdańska, jakże pamiętnej. Na lotnisku Modlin meldujemy się około godziny 12.30 – 13.00 co dawało nam chwilę na odpoczynek. Trochę byliśmy zaskoczeni, bo na miejscu byli praktycznie już wszyscy, chyba musieli słyszeć co nie co o zeszłorocznych przebojach. Na miejscu dało się wyczuć lekką nerwowość i nieśmiałość nowych współtowarzyszy podróży. Po krótkim zapoznaniu ruszamy na kontrolę bagażu, małe zakupy i wreszcie ustawiamy się w kolejce do wejścia na pokład. Jakże miło się poczuliśmy gdy na biletach widniał napis Priority i wchodziliśmy jako pierwsi na płytę lotniska a następnie pokład samolotu. Usiedliśmy głęboko w fotelach zapięliśmy pasy i wystartowaliśmy, bodaj kilka minut po godzinie 15.00. Jeżeli mnie pamięć nie myli, lot trwał około 2h i 40 min.


       Na miejscu w Loserpoolu, przepraszam Liverpoolu, jesteśmy przed 18.00 czasu polskiego. Małe zakupy z Michałem w SPAR na lotnisku, gdzie przywitał nas na kasie nasz rodak i ruszamy na przystanek Teravision mieszczący się naprzeciw lotniska. Tutaj oczywiście, znów miłe zaskoczenie kontroler biletów, jak i kierowca to także Polacy. Po około 40 minutach podróży meldujemy się w Manchesterze. Szybkim i radosnym krokiem udajemy się teraz na przystanek w centrum, skąd dalej ruszamy do Ibis Hotel. Zmęczeni, ale szczęśliwi w końcu jesteśmy w Ibis. Na miejscu czeka na nas już Otik oraz fajferinio, z którymi wielu z nas nie miało jeszcze wcześniej przyjemności się poznać. Szybki meldunek i pierwszy wspólny, wieczorny wypadzik w miejsce w którym serce bije mocniej – Old Trafford lub jak kto woli Teatr Marzeń. W tym miejscu nasze serca zabiły głośniej i szybciej. Wielu z nas jest w tym miejscu pierwszy raz i można zauważyć lekkie wzruszenie. Spełniają się przecież nasze marzenia. Nie jeden ma gęsią skórkę i ciarki, bo Nasz Dom w nocy robi wrażenie. Jest chwila czasu na pierwsze fotki, pierwsze tagi na facebooku. Spod stadionu ruszamy w miejsce, które jest już znane i lubiane przez większość stałych bywalców, czyli Bishop. Tutaj jest czas na pierwszą strawę i oczywiście pierwsze ;-) w tym dniu zupki chmielowe. Najedzeni i szczęśliwi, udajemy się z powrotem do hotelu, gdzie tradycyjnie zgodnie z polską gościnnością siadamy przy syto zastawionych stołach recepcji Hotelu Ibis. Po kilku godzinach wspólnych rozmów, żartów i toastów każdy z nas udaje się wreszcie na zasłużony odpoczynek, chociaż nie jedno z nas nie może tej nocy usnąć spokojnie. Chyba każdy, kto jest w tym miejscu pierwszy raz, ma wrażenie że śni i prosi o uszczypnięcie.
 
                                     

    


Niedziela 5 dzień października czyli Match Day.


       Pogoda, jak na Anglię, całkiem przyjemna, słonko świeci od rana, chociaż nie to w tym dniu jest dla nas najważniejsze. W hotelu od rana, jak to w dniu meczu, panował spory ruch. Na każdym kroku można było zauważyć przechadzających się kibiców United ubranych w koszulki, bluzy, szaliki klubowe. Czuć było atmosferę piłkarskiego święta, dreszczyk emocji. Każdy z nas myślami już był na stadionie, więc czym prędzej skonsumowaliśmy śniadanie. Szybkie sprawdzenie obecności przed wyjściem, kontrola kart One United i pierwsza wtopa. W moim portfelu widniała karta której ważność skończyła się w zeszłym roku, więc konieczna będzie wizyta w Ticket Office. Ruszamy wreszcie w kierunku stadionu. Po drodze mijaliśmy stoiska z różnymi gadżetami przedmeczowymi. Z każdym kolejnym krokiem chłoniemy wraz z powietrzem atmosferę tej piłkarskiej gorączki. Ponieważ do meczu pozostało sporo czasu udajemy się do baru niedaleko Teatru Marzeń. Jestem tutaj drugi raz w życiu, jest trochę pusto po osobach które są tu pierwszy raz można zauważyć że są lekko zdziwione, zaskoczone a może nawet w pierwszej chwil skonsternowane takim spokojem. Pomyślałem sobie w tej chwili patrząc na ich miny „poczekajcie jeszcze z 15 min a zobaczycie co tu się będzie działo” Nie minęło więcej niż powiedziałem, a coraz większe rzesze kibiców zaczęły schodzić się na placu przed lokalem. I wtedy wszystko się zaczęło. Dreszcze, ciarki i emocje, gdy tłum zagorzałych fanów Czerwonych Diabłów rozpoczął chóralne przyśpiewki. Mogliśmy zobaczyć, usłyszeć i zaśpiewać wśród tej wielkiej czerwonej rodziny. Na miejscu jesteśmy około 1,5h uzupełniamy witaminy i minerały i wraz tłumem ruszamy. Pełni emocji i adrenaliny. Szybka wizyta kilku osób, w tym mnie, w Ticket Office i mamy papierowe bilety. Ruszamy czym prędzej w kierunku bramek. Serce bije nam coraz mocniej i nie możemy się doczekać tego wspaniałego i cudownego widoku trybun i murawy. Większość z nas już dotarła i zamarła z wrażenia. Widok jest wręcz porażający. To w tej chwili spełniają się nasze marzenia, to tego dnia będziemy dopingować Manchester United do walki, do wygranej, do wspinaczki na szczyt tabeli. Większość z nas wreszcie zasiada na swoich miejscach. Czujny przewodnik, Michał, trzymający zawsze pion i poziom, zauważa, że brakuje wśród nas Marka i Arka Sabiszy, czyli Majstra i jego Syna. Okazuje się że jakiś nadgorliwy Steward nie chce ich wpuścić, ponieważ żąda od nich okazania papierowego biletu. Szybka interwencja Michała, płynna angielszczyzna i już jesteśmy razem w komplecie. Czekamy z niecierpliwością na pierwszy gwizdek sędziego. Zanim to jednak nastąpi na płycie boiska melduje się Sir Alex witany gromkimi oklaskami, którego zadaniem w tym dniu jest przedstawienie Park Ji Sunga jako nowego ambasadora klubu. Po krótkiej prezentacji ambasadora mogliśmy zobaczyć naszych zawodników wychodzących z tunelu.


       Sędzia wreszcie rozpoczął to spotkanie. Spotkanie rozpoczęło niemal w sposób wymarzony, przewaga Manchesteru była wyraźna. I wreszcie 27 minuta Mata zagrywa do Di Marii i GOOOOOOOOOOLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLL. Oszaleliśmy z radości wraz ze stadionem, były uściski brawa i chóralne śpiewy. To jednak nie koniec emocji, a wręcz ich początek. Kilka minut po strzelonym golu Di Maria wykonywał rzut wolny piłka zmierzała w okienko bramki, lecz dobrym refleksem popisuje Tim Howard i paruje strzał na rzut rożny. Na tablicy wciąż widnieje wynik 1 – 0, a my jesteśmy lekko zawiedzeni, że nie udało się. Żeby emocji nie było mało, kilka minut później, Luke Shaw fauluje zawodnika Evertonu w polu karnym, a sędzia wskazuje na wapno. Na naszych twarzach pojawia się niepewność. Wtedy pamiętam rzuciłem głośno że De Gea obroni i się nie myliłem, a na stadionie jak i wśród nas zapanowała ogromna radość po wspaniałej interwencji. Mogliśmy znów usłyszeć przyśpiewki na cześć naszego Davida. Sędzia kończy pierwszą połowę spotkania, a my nienasyceni, oczekujemy na dalsze emocje. Czas przerwy wielu z nas wykorzystuje na pamiątkowe zdjęcia na tle murawy stadionu. Lecz czas płynie nieubłagalnie i rozpoczynamy drugą jakże emocjonującą połowę tego spotkania. Początek drugiej połowy jak wszyscy wiemy był znów okresem przewagi United, lecz nie potrafiliśmy tego udokumentować, a jak mawia stare piłkarskie porzekadło „niewykorzystane sytuacje się mszczą”. W 55 minucie Everton doprowadza do wyrównania, jest 1 – 1. Kilka minut później, znów myliśmy w euforii i szaleliśmy z radości. Oto Radamel Falcao ucieszył nas zgromadzonych i podwyższył wynik na 2 – 1. Znów można usłyszeć angielskich kibiców i znów są ciarki i przeogromna radość. Mamy oczywiście nadzieję na więcej. Na kilka minut gra się uspokoiła. Ale to co się działo później nie jednego na stadionie mogło przyprawić i przyprawiło prawie o zawał. Nasze Diabły zgotowały nam istny horror i musieliśmy odpierać groźne ataki graczy Niebieskich. Wśród nas zapanował blady strach, czy uda się dotrwać z przewagą tej jednej bramki do końca spotkania. Sędzia doliczył kilka minut, a gracze Evertonu nie rezygnowali. Dwa bardzo groźne strzały Niebieskich i dwie kapitalne interwencje Latającego Hiszpana Davida dają nam jakże upragnione trzy punkty. Wygraaaaaaaaaliśmy. Jest szał, jest radość, a wręcz euforia, udało się nam wygrać, a my byliśmy tego naocznymi świadkami.


       Po zakończonym pasjonującym i emocjonującym spotkaniu część naszej grupy udała się do hotelu, a część ekipy pod przewodnictwem Łowcy Autografów Erwina ruszyła w kierunku szatni Diabłów, aby spróbować zdobyć jakiś autograf lub choćby przez chwilę zobaczyć naszych zwycięzców. Trud oczekiwania, przeciskania, i zmiany miejsc w celu zdobycia choćby jednego podpisu opłacił się. Po 2h po zakończeniu meczu, wielu z nas, miało przynajmniej po jednym autografie. Chociaż prawdziwym Mistrzem okazał się Erwin, któremu oprócz autografów udało się zrobić zdjęcie z Shawem i Giggsem. Wspólnie łowcy autografów zdobyli podpisy takich zawodników jak: Anders Lindegaard, Rafael Da Silva, Luke Shaw, Johny Evans, Daley Blind, Tyler Blackett, Juan Mata, Ashley Young, Anderson, Marouane Fellaini, Jesse Lingard oraz Robin van Persie. Po jakże udanych łowach, wróciliśmy do hotelu, w którym już standardowo rozpoczęliśmy biesiadę oraz dyskusję na temat jakże ciekawego meczu.
     


         




Poniedziałek 6 października

       Jeszcze nie opadły emocje po wczorajszym meczu, a przed nami kolejny dzień wrażeń. Rozpoczynamy go Tourem po stadionie, podczas którego mogliśmy dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o klubie. Mieliśmy także okazję zajrzeć do szatni klubowej, wyjść na boisko tunelem czy też zasiąść na czerwonych fotelach ławki rezerwowych. Wywołało to wśród nas ogromne emocje i zachwyt. Po wyjściu przeszliśmy przez diabelski czerwony korytarz prowadzący do świątyni grzechu i rozpusty w postaci klubowego sklepu Megastore. Gdy już nasze portfele zostały mocno uszczuplone lub całkowicie wyczyszczone, udaliśmy się do klubowego muzeum. W miejscu tym mogliśmy dowiedzieć się wielu historycznych rzeczy, czy choćby obejrzeć klubowe trofea. Po zakończonym zwiedzaniu Old Trafford, udaliśmy się do centrum Manchesteru. Wizytę w centrum rozpoczęliśmy od zwiedzania National Football Museum, skąd następnie udaliśmy się do jednego z centrów handlowych gdzie według plotki miał być obecny Ryan Giggs oraz Rio Ferdinand. Niestety plotka sprawdziła się tylko w połowie, Rio był obecny ale był zajęty podpisywaniem swojej autobiografii w jednej z księgarni. Po całodniowych wędrówkach udaliśmy się wreszcie do hotelu na zasłużony odpoczynek.

   


Wtorek 7 października

       Co dobre szybko się kończy więc należy ruszać w drogę powrotną. Manchester płacze za nami, bo od rana leje deszcz. Około godziny 11.00 wylatujemy z powrotem do Polski. W kraju meldujemy się około godziny 15.00. Następuje moment pożegnań i powrotów. Z zebranych informacji wszyscy szczęśliwie zameldowali się w domach. Do następnego wyjazdu!


dodany: 2014-11-08 13:16:52 , przez: Dymek