Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

23.02.2013 QPR - Manchester United

Ten wyjazd był totalnie spontaniczny. Viktor napisał do mnie, że ludzie chętni na bilet wycofali się i chyba nie będzie miał z kim jechać. Odpisałam mu, że w takim wypadku mogę z nim jechać. Później nakręciliśmy się tak oboje na ten wyjazd, że czekaliśmy z niecierpliwością, czy dostaniemy bilety, a jak je już mieliśmy, to pozostało zabukować wszystko i mogliśmy ruszyć.

Moją podróż rozpoczęłam w czwartek o 21.14 wyjazdem z Katowic do Warszawy. Faktycznie polskie busy to niesamowita oszczędność, za bilet zapłaciłam 21 zł! (POLECAM!!!). Do W-wy dojechałam o 4.30, gdzie czekałam na Viktora. Odprawiliśmy się, szybki lot i jesteśmy w Londynie. Zastanawialiśmy się, czy będzie to spokojny wyjazd, czy kolejny z cyklu "no chance''. No o tym mogliśmy się przekonać już na lotnisku. Z samolotu wysiedliśmy o 12.25, a odjechaliśmy grubo po 13. W międzyczasie, jak czekamy na kolejnego busa okazało się, że Viktor źle zabukował nasze bilety. Kiedy kierowca bierze od nas bilet, modlimy się żeby nie zerknął na miejsce przeznaczenia. Docieramy na miejsce. Pytamy o drogę i całkiem szybko docieramy do hotelu. Szybkie piwko, ja raczę się pinacoladą. Jesteśmy tak padnięci, że zaraz po zgaszeniu światła zasypiamy.


Rano szybkie ogarnięcie, kawka i śniadanie. Metrem dojeżdżamy na miejsce. Idziemy pod stadion. Po drodze mijamy zaledwie jeden pub, z napisem oczywiście "no away fans". Dopóki nie widzę napisu QPR nie wierzę, że to stadion - wyglądał jak jakiś mały dom towarowy. Ponieważ mamy bagaże idziemy dowiedzieć się, czy możemy gdzieś na stadionie je zostawić. Mówię do Viktora, że najwyżej ściemnimy, że jesteśmy fanami QPR z Polski. Okazuje się, że bezproblemowo możemy zostawić bagaże.

Wchodzimy od razu na stadion. Jak wiadomo stadion świetny, malutki, a nasze miejsca mega, bo na dolnej trybunie tuż za bramką. Jak wchodzimy to akurat trwa rozgrzewka. Schodzimy na sam dół. Miałam Vidica  na 2-3 metry od siebie. Mega zajawka. Parę fotek i czekamy na mecz. Anglicy super się bawią, cały czas doping. To tylko momentami jedni śpiewają "U-N-I", a druga strona zupełnie co innego. Na górze też słychać ostry doping. Po bramce istne szaleństwo, cudem ustałam na własnym miejscu. W drugiej połowie rewelacyjny widok na nasze akcje. A po golu znowu to samo. Angole wariują, ktoś spada z rzędu wyższego, a przed nami krzesełko traci swoje oparcie. Ktoś zrzuca czapkę na dół i próbują odrzucić, i mega zabawa. Jak ktoś szykuje się do rzutu to cała ekipa "uuuuuuuuu" i po rzucie "hejjjjjjjj". Genialna zabawa jest na trybunach. Później kilka minut leci chant: "hard to believe he’s not Scholes it's Carrick you know". Świetnie to brzmi i niesie się po stadionie. Po względem dopingowym jednak wyjazd to jest po prostu coś rewelacyjnego.

 
Wychodząc ze stadionu nadal śpiewamy, tuż przed samym wyjściem zbiera się spora ekipa, skaczą i znowu "hard to believe....". Mykamy szybko po bagaże i na lotnisko. Na przystanku busa jesteśmy lekko wcześniej, ale mamy 2 powody, po pierwsze wiemy jak wygląda pakowanie ludzi do EasyBus, a na dodatek bilet powrotny też mamy zabukowany odwrotnie. Na szczęście wsiadamy bezproblemowo. Na lotnisku jesteśmy około 19, znajdujemy fajne miejscówki i próbujemy się przespać. Z resztą nie jesteśmy sami, sporo osób spędza tam noc. Cholernie to męczące, ale trochę udaje nam się zdrzemnąć. Rano rozstajemy się z Viktorem przy odprawach, bo on leci do Warszawy, a ja do Katowic. I tu kończy się nasz wyjazd. Było zajebiście, dużo śmiechu, świetny doping. Na pewno jeszcze nie raz wybiorę się na mecz "away" w lidze. UNITED!!!!


dodany: 2013-03-20 22:26:04 , przez: Angel