Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

02.10.2013 Shakhtar Donieck - Manchester United

Losowanie grup Ligi Mistrzów dla wyjazdowiczów nie było łaskawe. Mało ciekawi rywale, bliski wyjazd tylko do Leverkusen. Jednak gdzieś kredyty trzeba zdobywać, a wybór padł na Donieck. Niby Ukraina, nasz wschodni sąsiad... jednak z Doniecka już tylko rzut beretem do Morza Czarnego. Oznaczało to długą podróż i jeszcze więcej przygód!

Z wylosowaniem biletów nie było żadnych problemów. Zainteresowanie wśród Anglików nie było zbyt duże. W terminie który nas interesował pojawiły się promocyjne loty na trasie Warszawa - Chark
ów i właśnie w ten sposób postanowiliśmy dostać się we wschodnie rejony. Zbiórka w Irish Pubie w centrum Warszawy, pierwsze piwka i niekończące się rozmowy o bukmacherce. Następnie udajemy się na Okęcie, gdzie dociera ostatnia osoba i w komplecie możemy zrobić zakupy na bezcłówce. Podróż mija bardzo szybko, głównie na zaspokajaniu pragnienia i podziwianiu jednej ze stewardess. Gdy docieramy do Charkowa, na lotnisku witają nas urocze Panie polskiego pochodzenia, z folderami „Polacy w Charkowie”. Jednak największe zdziwienie nas dotyka, gdy na kartce jednego Ukraińca czekającego w „hali przylotów” widniało nazwisko Sienia, który dokonywał rezerwacji hotelu. Trzeba od razu dodać, że było to jedno z naprawdę wielu zaskoczeń, których doznaliśmy podczas tej wyprawy.

Na kolejną niespodziankę nie musieliśmy długo czekać. Okazało się, że hotel jest w remoncie, więc wspomniany delikwent zabrał nas do jakiegoś mieszkania i stwierdził, że to właśnie tam śpimy. Może byłoby to sympatyczne, gdyby nie fakt że mieszkanko było w bloku, a gdy weszliśmy do klatki schodowej mijaliśmy stojącego człowieka w kapturze na głowie, który chyba się zawiesił i nie reagował na ruch. Chyba żył...

Szybko s
rozpakowaliśmy, i postanowiliśmy ruszać na miasto. Było już późno, z samego rana mieliśmy pociąg do Doniecka, więc było jasne, że grube balety odpuszczamy. Jednak Tasior nalegał, założył nawet koszulę, więc po odwiedzeniu kilku otwartych pubów i skosztowania różnych napojów, ruszamy w 3 osoby na „zabawę”. Tasior ogarnął nazwę klubu (Panorama), do którego możemy się udać. Szkoda tylko, że nasza zabawa skończyła się przed wejściem do środka, gdyż ochrona w garniturkach dała stanowczy znak, że w naszych strojach nie wejdziemy. Charków nie okazał się gościnny, co potwierdził fakt, że gdy wróciliśmy do naszego mieszkanka okazało się, że Sampowi zginęła litrowa  whisky. Z samego rana musieliśmy wychodzić. Tasior co prawda upierał się, że jest za wcześnie i wstawać nie ma zamiaru, jednak w końcu taksówkami dotarliśmy na dworzec. Kupiliśmy sobie po piwku i znaleźliśmy peron z którego nasza machina miała nas dowieźć do Doniecka. Szybko okazało się, że ilość browarków była delikatnie rzecz ujmując zbyt mała. Jednak udało się dotrzeć do celu, gdzie rozdzielamy się na dwie grupy. Wraz z Tasiorem i Sieniem mieliśmy razem wynajęty hotel – leśniczówkę, który Sienio nazwał „na obrzeżach miasta”. Reszta stacjonowała w przystadionowym hotelu Shakhtara. Było to dość delikatne określenie, bo było to pokaźnie za miastem. Po nieudanych próbach zjedzenia śniadania w hotelowym barze, zadowalamy się wypiciem piwka. W końcu na godzinę 15.00 musieliśmy dotrzeć z powrotem do Doniecka na mecz Ligi Mistrzów U-19.

Jako, że w całym kraju mało kto mówi po angielsku, nie zdziwił nas już nawet fakt, że nikt w hotelu w tym języku nie mówi. Prośba, aby zamówili nam taksówkę, była tłumaczona dobre kilka minut. Wreszcie jednak się udało i mogliśmy się cieszyć, że jedziemy w pożądanym kierunku. Gdy dotarliśmy pod stadion odebraliśmy bilety i udaliśmy się na mecz młodego pokolenia. Porządnie zdenerwował się na pogodę Tasior, że aż poszedł szukać kurtki do kupienia. My z Sieniem oraz Damianem, który do nas dołączył po zwiedzaniu Megastore Shakhtara, również długo nie byliśmy na starym stadionie Shakhtara, gdzie był ten mecz rozgrywany. Szybko znajdujemy klimatyczny pub, gdzie możemy się ogrzać, zjeść oraz zaspokoić alkoholowe pragnienie. Prowadziliśmy tam różnojęzyczne rozmowy, podziwialiśmy najpiękniejszą kelnerkę na świecie i w telewizji oglądaliśmy mecz U-19. Mimo, że Tasior nie odbierał telefonu, to nagle pojawił się przy naszym stoliku i dołączył do biesiady.

W odpowiednim czasie wybraliśmy się pod stadion, pod którym były już tłumy. Szybko znajdujemy wejście dla kibiców gości i po chwili jesteśmy na odpowiednim sektorze. Cały stadion został wypełniony do ostatniego miejsca. Na wejście piłkarzy, kibice Shakhtara zaprezentowali oprawę z Górnikiem trzymającym młot, co zostało wyśmiane na naszym sektorze. Jeśli chodzi o doping United, był on prowadzony przez pełne 90 minut. Na naszym sektorze doping gospodarzy był niesłyszalny z małymi wyjątkami, gdy podłączał się do śpiewu cały obiekt. Samo spotkanie, jak każde w tym sezonie z udziałem Diabłów, nie zachwyciło. Remis 1:1 nie był szczytem marzeń, jednak sam jestem do tego przyzwyczajony. Był to mój piąty mecz United i piąty remis.

Ciekawie zrobiło się po meczu. Zaginął w akcji Sienio, nie odbierał telefonu, więc wraz z Tasiorem i Damianem udaliśmy się do pubu w którym byliśmy przed meczem. Dzięki brawurowej akcji jednego z nas, zdobyliśmy pusty stolik. Zaspokoiliśmy swoje potrzeby, daliśmy kelnerce spory napiwek i od razu była bardzo zaangażowana w załatwienie nam taksówki, które w większości zakończyły już swoją pracę na ten wieczór. Na szczęście udało jej się jedną załatwić, więc odwieźliśmy Damiana na lotnisko, a sami udaliśmy się do naszego hotelu „na obrzeżach”. W hotelowej restauracji odnaleźliśmy Sienia, który w bardzo dobrym humorze pił sobie piwko ;-) Ważne, że humory nam dopisywały natomiast aura była bardzo niesprzyjająca. Bardzo wietrznie, zacinający śnieg z deszczem przymusił wszystkich do położenia się do swoich łóżek.

Następnego dnia po zjedzonym śniadanku, nadszedł czas na wymeldowanie się z hotelu i powrót do Doniecka. Tak się złożyło, że praktycznie każdy wracał do domu inną drogą. Nieskromnie przyznam, że wybrałem chyba najciekawszą. Otóż o godzinie 13 miałem pociąg z Doniecka do Lwowa. Był on na miejscu o godzinie 14. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie była to 14, ale następnego dnia. 25-cio godzinna podróż odcisnęła piętno na mojej psychice chyba już do końca życia. Dla tych którzy nie podróżowali koleją za wschodnią granicą - gor
ąco polecam. Po dojechaniu do Lwowa, czekał na mnie znajomy, z którym mogłem zabrać się do Polski. Nie chce mi się myśleć, co by było, gdybym musiał wracać busem, który do Łodzi z Lwowa jedzie 11 godzin.


Pozostałe osoby wybrały drogę lotniczą. Niektórzy nawet mieli tyle szczęścia, by spotkać całą drużynę United z reprezentacją młodzieżową na donieckim lotnisku. Jedni zdążyli nawet postawić swoje nogi w Stambule, drudzy w Mediolanie. W takich okolicznościach, każdy kończył tę wyprawę na swój sposób i w różnych miejscach. Każdy chyba jednak wrócił do domu z satysfakcją i myślami „dobra, to kiedy następny wyjazd?!”. Oby jak najszybciej, do następnego!


dodany: 2013-11-12 19:50:41 , przez: mati