Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

24.11.2012 Manchester United - Queens Park Rangers

Jak powszechnie wiadomo, tylko dwie rzeczy w naszym żywocie są pewne: śmierć oraz „Kevin sam w domu” na święta. Odnosząc to porzekadło do naszego stowarzyszenia, można śmiało rzec, że wstępując do MUSC Poland dwie rzeczy są pewne: poznanie wielu zajebistych ludków oraz pierwszy wyjazd na mecz Manchester United na Old Trafford. Tak jak pierwszy podpunkt z czystym sumieniem odfajkowałem tuż po zlocie, tak na drugi podpunkt musiałem czekać aż do końca listopada. Jak się dowiecie za chwilę, było warto czekać. Na ok. 3 miesiące przed meczem rozpoczęły się zapisy. Sprawne deklaracje ze strony 30 chętnych, przydział przewodnika spośród członków zarządu, czas na wpłaty całości sumy i można było śmiało już wypatrywać magicznej daty 24.11.2012. W dniu wylotu tj. w piątek 23.11.2012 większość z nas zebrała się już ok. 16 na lotnisku we Wrocławiu. Szybka wstępna integracja, rozdanie biletów przez Wojtka, pamiątkowe zdjęcie grupowe i można śmiało udać się w stronę odprawy (nie przechodząc obojętnie obok bezcłowego).

Lądując w Liverpoolu wiedzieliśmy ze czeka nas jeszcze nocna eskapada pod Old Trafford, gdyż nikt nie miał zamiaru czekać aż do następnego dnia. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Mimo ze nasz hotel jest zaledwie 10 min piechotą od OT to śmiem twierdzić ze pokonaliśmy tę trasę nie przekraczając 3 minut. Pierwsze spojrzenie na stadion i od razu myśl: „Kurde, ja naprawdę tu jestem” i aż człowiek czuje, że żyje. Nikomu nie przeszkadzało to, że była późna godzina nocna. Stadion, pomnik United Trinity, pomnik Sir Matta Busby’ego i dzień wcześniej odsłonięty pomnik Sir Alexa Fergusona, tylko to się dla nas liczyło.

MATCHDAY, czyli dzień, w którym nikt nie myślał o niczym innym, jak tylko o meczu ukochanego UNITED. Mimo późnego powrotu do hotelu i intensywnej integracji nikt nie miał problemów ze wstaniem. Szybkie śniadanie (Subway obok hotelu to niczym błogosławieństwo) i mogliśmy śmiało wyruszać w stronę naszej „mekki”. Powszechnym zwyczajem jest odwiedzenie po drodze na stadion pobliskiego pubu i trening chantów oraz zwilżenie gardła. Najsłynniejszym tego typu pubem jest Bishop Blaze, aczkolwiek z racji dużej kolejki wybraliśmy pub przy Trafford Wharf Rd.. Jak się później okazało, był to strzał w dziesiątkę. Śpiewy i braterski klimat sprawiały, że mogliśmy już czuć meczowy klimat, mimo że do rozpoczęcia spotkania pozostały jeszcze 2 godziny. Jako, że był to dla nas pierwszy mecz Manchesteru United zrozumiałe jest, że na stadionie pojawiliśmy się grubo ponad 30 min przed pierwszym gwizdkiem. Pierwsze fotki z trybun i widok rozgrzewających się piłkarzy sprawiały, że powoli docierało do nas, że właśnie spełniamy swoje marzenia.

Kiedy ochłonęliśmy, Wojtek i Beny rozwiesili flagę na naszym sektorze. Przed wyjazdem padło stwierdzenie, że dawno nie dostaliśmy tak dobrych miejsc na wyjeździe grupowym. Wtedy były to dla nas suche słowa, lecz kiedy całe Stretford End ciągnęło doping, a my byliśmy zaledwie jeden sektor od nich, słowa pokryły się z rzeczywistością. W takich momentach człowiek nawet nie myśli, żeby przestać śpiewać. Pierwszy gwizdek, pierwsze posiadanie piłki i nasze Diabły już zmierzały po następne zwycięstwo. Pierwsza połowa dosyć zachowawczo, aczkolwiek z widoczną przewagą naszych. Strzelenie bramki wydawało się tylko kwestią czasu. Piłkarze robili swoje, kibice robili swoje. Tymczasem koniec pierwszej połowy. Druga połowa zaczęła się dla nas od sprowadzenia na ziemię przez niżej notowanego rywala. Bramka QPR uciszyła trybuny na zaledwie kilka sekund. Po chwili doping wraca z jeszcze większym impetem, śpiewamy „U N I – T E D” i oto w 64 minucie zaczyna się bezlitosna egzekucja. Znak do ataku daje Evans, poprawia Fletcher i mamy już 2:1. Radość była podwójna z racji powrotu do zdrowia Darrena i cały Manchester słyszy że: „One Darren Fletcher, there's only one Darren Fletcher!”. Gwóźdź do trumny przybija Chicharito po niesamowitej akcji Andersona. Końcówka należała już tylko do nas i po 90 minutach na tablicy wyników widniał rezultat 3:1. Czy można sobie wyobrazić lepszą pierwszą wizytę w Teatrze Marzeń niż pewna wygrana 3:1? Nikt nie dbał o to, że była to ostatnia drużyna w tabeli, na dodatek świeżo po zmianie trenera. Po opuszczeniu stadionu poziom adrenaliny i podniecenia nie opadał. Lekarstwo? Jedyne słuszne – wizyta w pubie. Tym razem padło na The Trafford Pub. Nie byliśmy już tam w komplecie, bo postanowiliśmy się rozdzielić po meczu. Po powrocie do hotelu integracji ciąg dalszy.

Niedziela to dzień zwiedzania. Ok 11.30 weszliśmy na stadion z przewodnikiem, poznając zakamarki naszej świątyni. W naszych uszach nadal brzmiały dźwięki dopingu z dnia poprzedniego. Ten stadion naprawdę ma duszę.


Zwiedzanie stadionu zakończyliśmy wizytą w Megastore i muzeum. Później zdecydowaliśmy się podzielić na mniejsze grupki. Na ogół wszyscy i tak udaliśmy się do centrum miasta, a wieczorem spotkaliśmy się w jednym z pubów nieopodal Arndale, żeby podziwiać jak nasi najgroźniejsi rywale w lidze, trąca wzajemnie punkty w meczu przeciwko sobie. Oczywiście był to powód do ogromnej radości (czyt. integracja cz. 3). Powoli kończył się ten piękny wyjazd, lecz wizja wstania ok. 4:30 i udania się taksówkami na autobus do Liverpoolu na nikim nie zrobiła wrażenia. Zamiast wypoczywać woleliśmy te ostatnie chwile w tym gronie spędzić ciekawiej tj. podtrzymując rytuał integracji. Po powrocie do Polski ostatnie przybicie piątki, wstępne umawianie się na następne wyjazdy i każdy udał się w swoim kierunku, wracając do szarej rzeczywistości. Bogatsi o fantastyczne doświadczenie, z uśmiechem na twarzy z powodu spełnienia marzenia, tak zapamiętam ta grupę. Była to grupa ludzi o naprawdę ogromnej energii. Potrafiliśmy się szybko zgrać i tworzyć zgrany zespół. MUSC Poland spowodował ze miałem możliwość spełnienia swojego marzenia, razem ze mną dokonało tego 29 innych osób. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, ze był to bardzo udany wyjazd.


dodany: 2013-03-15 17:46:00 , przez: Zając