Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

23.09.2012 Liverpool FC - Manchester United

O tym że będę miał możliwość kupna biletu na wyjazdowy mecz z Liverpoolem dowiedziałem się dosłownie na niecałe 2 dni przed meczem, była to oczywiście dla mnie wspaniała wiadomość. Od razu skontaktowałem się z Prezesem, żeby ustalić szczegóły wyjazdu.

Umówiliśmy się ze Wojtek zatrzyma u mnie skąd w sobotę z samego rana wyruszymy na Anfield. Lecz jak wiadomo, my Polacy to naród, który z każdej okazji zrobi świetną okazje żeby napić się czegoś mocniejszego więc i my zrobiliśmy podobnie. Wiadomo, że podczas miłej rozmowy przy piwie czas mija szybko, nawet się nie obejrzeliśmy, gdy na zegarku wybiła 3 rano, w głowie niezły już mętlik od promili, a rano trzeba wstać.

8 rano pobudka (dobrze, że Prezes to ranny ptaszek bo sam na pewno bym nie wstał) - śniadanie, kawa i ruszamy w kierunku Liverpoolu. Na miejsce dojechaliśmy przed godziną 10, gdzie zastaliśmy jeszcze pustki, znikome ilości kibiców i mnóstwo wolnych miejsc parkingowych. Postanowiliśmy zwiedzić okolice stadionu, lecz tak naprawdę nic ciekawego zobaczyć tam nie można. Odwiedziliśmy jeszcze miejsce uczczenia pamięci Hillsborough i skierowaliśmy kroki do pierwszego otwartego pubu, gdzie wręcz roiło się od sympatyków drużyny z Anfield Road. Byliśmy ubrani po cywilnemu więc nie ujawniając swojej przynależności spokojnie degustowaliśmy się zimnym browarkiem czekając na otwarcie bram.

 
Po przejściu bramki wiedzieliśmy, że jesteśmy wśród swoich, głośne śpiewy przed stadionowymi sklepikami dawały nam wyobrażenie, że podczas meczu nie będziemy cichą grupka kibiców. Po wejściu na trybuny przywitał nas jeszcze głośniejszy doping i było już wiadomo, że na tym meczu atmosfera na pewno będzie wspaniała. W takim klimacie oczekiwanie na pierwszy gwizdek minęło bardzo szybko.

 
Zaczęło się, drużyny wbiegają na boisko, wrzawa, wydaje mi się, że większa gdy wbiegało United. Oprawa rozpoczęcia tego meczu robiła wrażenie, gospodarze się postarali, nawet Evra i Suarez postanowili podać sobie ręce, więc chyba była tam wyjątkowa atmosfera. Pierwsze minuty meczu nie powalały na kolana, potem niewiele się zmieniło, co zapowiadało, że widowisko będzie podobne do tych, jakie było ostatnio, gdy graliśmy na Anfield z Liverpoolem. Na szczęście nasi kibice nie zawodzili, na pewno w tej kwestii miejscowi nie mieli nad nami przewagi, choć z transmisji TV można wnioskować inaczej. Teraz już wiem, że telewizja kłamie.

Mimo nienajlepszej postawy naszych, my kibice byliśmy coraz głośniejsi. Czerwona kartka Jonjo Shelveya dała nam dodatkowego powera, który w połączeniu z jękiem zawodu fanów naszych rywali dawał niezłe pieprznięcie. Niestety na boisku jakoś nie widzieliśmy wielkiej poprawy.

Po przerwie wiedząc, że gramy w przewadze, byliśmy niemal pewni, że pierwsza wygrana tutaj od 5 lat to tylko kwestia czasu i chyba nikt nie spodziewał się tego co stało się w 46 minucie. Nasze trybuny zamarły, chyba nikt wtedy nie wydawał żadnego dźwięku. Nasz Prezes stratę gola przeżywał na swój sposób. W proteście przeciwko słabej gry naszych (mimo przewagi), postanowił dalszą część meczu stać plecami do murawy. Na szczęście szybka odpowiedź i eksplozja radości w naszym sektorze spowodowała że postanowił obrócić się o 180 stopni i znów żyć w zgodzie z Czerwonymi Diabłami. Atmosfera w sektorze była wspaniała, pewnie niejednego z nas utrzymanie tego wyniku w pełni zadowalało pamiętając ostatnie lata, lecz eksplozja radości po podyktowaniu karnego wydawała się sięgać zenitu. Potem to czekanie na wyrok, czas jakby stał w miejscu, a nasz sektor przycichał.

Co działo się potem, ciężko nawet sobie wyobrazić. Chyba ja nie potrafiłbym tego opisać, więc nawet nie będę próbował. Od tej chwili chyba wiedzieliśmy, żee 3 pkt są nasze, a śpiewy stawały się coraz głośniejsze. 5 minut przed końcem pierwsi kibice drużyny przegrywającej zaczęli opuszczać stadion, a uwierzcie, że przy naszym śpiewie skierowanym właśnie do nich, widać było po ich twarzach, że nie było im dzisiaj łatwo. Im mniej ich zostawało na stadionie, tym bardziej mogliśmy zauważyć, jak bardzo boli ich dzisiejsza porażka. Ich gesty na naszym kierunku (taki ruch ręki w górę i w dół), które jak mniemam miały nas uświadomić, że jesteśmy... wiecie kim... nie robiły na nas wrażenia. Śpiewając i bawiąc się czekaliśmy, aż otworzą się bramy tej zdobytej przez nas dzisiaj twierdzy. Po około 15 minutach mogliśmy opuścić stadion i w eskorcie policji udać się w kierunku auta. Po drodze Wojtek jednak musiał posilić się dumą brytyjskiej sztuki kulinarnej, jaką z pewnością jest ryba z frytkami przygotowana przez panią z wąskimi oczkami i żółtą cerą.

Następnie postanowiliśmy odwiedzić naszego ambasadora w Manchesterze mr. PRIMUSA (pozdrowienia dla Ciebie). Miejscem spotkania był Bishop Blaize, gdzie obejrzeliśmy drugą połowę meczu Man City vs Arsenal, którego wynik wprawił nas w jeszcze lepszy humor. Potem udaliśmy się do rekomendowanego przez PRIMUSA pubu, gdzie w trójkę postanowiliśmy jeszcze trochę czasu spędzić razem degustując się swoimi ulubionymi napojami. Mi, ponieważ została jeszcze droga powrotna do domu, przypadła kawa. Po dwóch godzinach spędzonych w świetnej atmosferze nadszedł czas rozstania. Ja udałem się w drogę powrotną do domu, a o dalsze losy Prezesa i PRIMUSA.... musicie poprosić ich o dokończenie i skompletowanie tej relacji. Był to naprawdę świetny wyjazd, miła atmosfera, a ja czekam na kolejną szansę.


dodany: 2012-10-13 18:51:20 , przez: Otik