Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

5.11.2011 Manchester United vs AFC Sunderland

Wyjazd na Old Trafford od dawna był moim wielkim marzeniem, a dzięki MUSC PL mogłam w końcu je spełnić. Opowiem  Wam, jak wyglądał ten wyjazd okiem osoby, która na OT pojechała po raz pierwszy.

Czwartek  3/11/2011

Od jakiegoś już czasu odliczałam dni, które pozostały do wyjazdu, więc w dzień przed wyjazdem emocje były już wielkie. Cały dzień nie mogłam myśleć o niczym innym, więc dzień minął bardzo szybko- najpierw zajęcia na uczelni a potem 6 godzin w pracy. Po wyjściu z pracy udałam się do Miszy, u którego byli już pierwsi członkowie naszej wyjazdowej ekipy- PiMo, Mates i Tommy.  Wypiliśmy wspólnie kilka piwerek, potem dołączyli do nas jeszcze Santi(świetny był ten smażony ser! :D ) i Lasq. Koło północy stwierdziłam, że czas jechać do domu, dopakować ostatnie rzeczy do walizki i położyć się spać- bo jutro wielki dzień.

Piątek 4/11/2011
Obudziłam się jakoś po 8, godzinę później wpadł do mnie Mates, który tak jak ja nie mógł już dłużej spać. Po krótkich pogaduchach i śniadaniu pojechaliśmy na dworzec PKP odebrać ekipę poznańską- Mańka, Monikę, Valentine, Magdę i Adama. W międzyczasie dołączyli do nas Santi i Wajs(który także leciał do MCR).  Gdy wszyscy wysiedli już z pociągu podjechaliśmy do mojego małego mieszkanka, gdzie zrobiliśmy składzik na bagaże. Pod blokiem czekali już na nas PiMo , Tommy i Misza, który się z nami przyszedł pożegnać, bo jechał do domu. Taką ekipą udaliśmy się do Głuchego Telefonu na kilka piwerek. Czas mijał nam bardzo szybko, a wszyscy myślami już dawno byli w Manchesterze.  Ja musiałam na chwilę opuścić naszą radosną ekipę i pójść na chwilkę do pracy, a wracając zgarnęłam Tomka.  Później szybki obiad w Bazylii( po drodze dołączył do nas Filu)- wiadomo, jak Polak głodny to zły, więc lepiej było coś zjeść :D  Jako ostatni do naszej ‘grupy prosiaczki’(jak to wołał do nas pan przewodnik :P) dołączył Chmielu. Koło 18.30 wszyscy razem pojechaliśmy do wrocławskiego portu lotniczego(nie mylić z lotniskiem, bo do tego to mu daaaaaleko). Z racji tego, że nasz wylot był o 21 musieliśmy trochę poczekać, zanim można było oddać bagaż rejestrowany i przejść do hali odlotów.

Zgodnie z planem - nasz samolot o godzinie 21 wystartował. Po 2 godzinach lotu(swoją drogą bardzo nam wesoło było, przy okazji pozdrawiam pana który siedział obok i starał się nie śmiać z naszych tekstów)  byliśmy już na terenie hrabstwa Merseyside ale jak wiemy Merseyside is full of shit, więc jak najszybciej chcieliśmy się stamtąd wydostać. Gdy reszta czekała na bagaż, razem z Matesem udaliśmy się po bilety na Terravision. Pani w okienku lekko nie zrozumiała, tego co Mates powiedział i zamiast 13 chciała nam sprzedać 30 biletów. Na szczęście opanowaliśmy sytuację i dostaliśmy tyle biletów, ile potrzebowaliśmy ;). Potem szybkie zakupy w SPARze na lotnisku i nareszcie wsiedliśmy do autobusu.

Po jakiejś godzinie byliśmy już w centrum Manchesteru. Z racji tego, że było już po północy nie udało nam się złapać metrolinka więc do naszego hotelu udaliśmy się taksówkami.  I to właśnie podczas drogi do hotelu po raz pierwszy ujrzeliśmy Old Trafford. Radość, jaka zapanowała w naszej taksówce była nie do opisania. Poczuliśmy się w jak w domu.


Po przyjeździe do hotelu szybki podział na pokoje- ja trafiłam do pokoju z Matesem i Tomkiem ( lepiej chyba być nie mogło :D ), szybkie ogarnięcie się i ruszyliśmy w stronę Old Trafford, bo każdy chciał od razu zobaczyć stadion z bliska. Zobaczyliśmy OT, Bishop Blaize a także Cricket Ground. Koło godziny 4 byliśmy z powrotem w hotelu.

 

Sobota 5/11/2011
MATCHDAY! Coś na co czekałam od dawna. Mimo, że spałam jakieś 3 godziny wstałam przed 8 rano i poszłam z Matesem odebrać bilety od Primusa. Po drodze minęliśmy OT, które po raz kolejny mnie zachwyciło(szczerze mówiąc to ciągle nie dowierzałam, gdzie jestem). Po pogawędce z Primuskiem weszliśmy do Red Legends, gdzie jeszcze nie było kolejki.   Po małych zakupach i rozmowie z właścicielem sklepu wróciliśmy do hotelu.  O 10 wszyscy razem ruszyliśmy do Bishopa na kilka piwerek. Atmosfera w pubie była NIESAMOWITA! Tłum śpiewający chanty United zrobił na mnie wielkie wrażenie.  Lecz to był dopiero początek. W momencie, kiedy pojawił się Pete Boyle w BB zawrzało. Tego się nie da opisać- po prostu trzeba to przeżyć.  Oczywiście flaga MUSC zdobiła balkon BB, wiele osób ją fotografowało, co nas bardzo cieszyło. Po ‘posiłku’ (jeśli tak można nazwać to straszne fish and chips które zjadłam i burgery chłopaków, które pani wyciągnęła spod pachy ;D) powoli ruszyliśmy w stronę naszego East Stand.

W momencie wchodzenia na trybunę miałam wrażenie, że te schody się nigdy nie skończą. Aż w końcu weszliśmy na górę. Po raz kolejny oniemiałam.  Old Trafford w pełnej okazałości. J Szybko znaleźliśmy nasze miejsca i obserwowaliśmy jak stadion się zapełnia(niecałe tysiąc miejsc było wolne, wg podanych statystyk). W końcu wybiła 15 czasu miejscowego. Godzina na którą już taaaak długo czekałam. Na boisko weszły obie jedenastki, a potem wśród owacji tłumu na płycie boiska pojawił się bohater dnia- sir Alex Ferguson, który tego dnia obchodził 25-lecie swojej przygody z United.  Przemówienie SAFa i oficjalne przedstawienie Sir Alex Ferguson stand i mecz się rozpoczął. To było chyba najszybsze 90 minut w moim życiu. I oczywiście najdłuższe 3 minuty(chodzi mi tu o czas doliczony po 2.połowie) Jaki był mecz- wszyscy wiemy- bez fajerwerków. Jeśli chodzi o doping to też trochę to nas zawiodło, szczególnie gdy na naszej trybunie było słychać wyłącznie gości. No cóż- trudno. My dopingowaliśmy United i cieszyliśmy się z ‘Małych rzeczy’, bo wierzyliśmy że ‘Naprawimy tooo’. Jak już wcześniej pisałam, mecz minął mi bardzo szybko i ze smutkiem opuszczałam swoje miejsce.

Po meczu poszliśmy na małe zakupy i zaczęliśmy imprezę w hotelu, gdzie dołączył do nas Primus. Było baaaaardzo wesoło, część z nas została na parterze i integrowała się z niedawno poznanymi Irlandczykami, zaś Primus, Mates, Filu, Tomek, Wajs i ja stwierdziliśmy, że wolimy imprezę w pokoju. Po pewnym czasie zostało rzucone hasło: ‘chodźmy na OT’. Długo nie trzeba było nas namawiać- po raz kolejny poszliśmy na sir Matt Busby Way. Po drodze nam odbijało (a little bit :D)- z resztą, zdjęcia mówią wszystko :D Wieczór był baaardzo udany.  :D

Niedziela 6/11/2011

Tego dnia mieliśmy zaplanowany tour po stadionie i wizytę w muzeum, więc koło 11 opuściliśmy hotel i po raz ostatni podczas tego wyjazdu poszliśmy na OT.  Po stadionie oprowadzał nas Roy, przesympatyczny człowiek (swoją drogą kibic Spurs :P ). Pokazał nam tunel monachijski, szatnie naszych diabłów a następnie przeszliśmy przez tunel na boisko i usiedliśmy na ławce rezerwowych. Oczywiście w trakcie touru obyła się wielka sesja fotograficzna, bo każdy z nas chciał uwiecznić  wszystko na zdjęciach. Po zakończeniu wycieczki po stadionie poszliśmy zwiedzać muzeum mieszczące się na Old Trafford. Niestety, to były nasze ostatnie chwile na stadionie. Później szybkie piwko w BB i ruszyliśmy do Trafford Center, które, jak okazało się, o 18 było zamykane. Większość grupy chciała jechać wcześniej na lotnisko, więc zgarnęliśmy nasze bagaże z hotelu i pojechaliśmy na przystanek Terravision, potem godzinka jazdy i znów L’pool. I caaaała noc na zimnym lotnisku. Do samolotu wsiedliśmy jakoś koło 6 rano i planowo dotarliśmy do Wrocławia.

Na koniec pragnę zaznaczyć, że:

  1.  Nie jestem żadnym pisarzem i wiem, że tekst jest napisany beznadziejnie i chaotycznie
  2. Żadne słowa ani zdjęcia nie są w stanie oddać tego co czułam spełniając swoje marzenia
  3.  CHCĘ TAM WRÓCIĆ!!!!

Oczywiście dziękuję Matesowi za ogarnięcie całości wyjazdu,  CAŁEJ ekipie za towarzystwo i świetną zabawę i oczywiście Primusowi za towarzystwo w sobotę. :D

 

Już nie mogę doczekać się kolejnego wyjazdu!

Relację przygotowała Agnieszka.



dodany: 2012-03-14 07:53:00 , przez: admin