Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

14.03.2010 Manchester United vs Fulham Londyn

Dzień 1 - piątek
Na początku ostrzegam, że tekst nie został poddany cenzurze ;) Samolot Wizz Air lot z Pyrzowic do Liverpoolu godzina 12:15 Pierwszy na lotnisku stawiam się ja, czyli Stavros, godzina 9:30, bo autobusik z Krakowa przyjechał szybciej niż się wszyscy spodziewali. Czekam na ekipę w hali odlotów i po niedługim czasie zjawia się Domel. Potem powoli, powoli przybywa cała ekipa łącznie z imprezowiczami z Zacisza. Kiedy wybija nasza godzina spotkania jesteśmy już wszyscy za wyjątkiem głównego organizatora zamieszania Shada (o Pauli nie wiedziałem i dowiedziałem się dopiero na lotnisku). Ale i oni się zjawiają około 11:00 i cała ekipa w komplecie. Szybkie przywitanie i przedstawienie się, bo większość się nie zna między sobą. Z ogólnej ekipy wyjazdowej brakuje jedynie Pawlosa, który dolatuje z Grecji. Wyprawę czas zacząć.


Ważymy bagaże i przechodzimy przez kontrolę (tym razem szybko i bezproblemowo). Zajmujemy dwa rzędy krzesełek przed bramkami i sru - na duty free po żołądkówkę i piwa. To, co się dzieje przez najbliższą godzinę to można krótko określić - znieczulanie (chyba niektórzy bali się latać). W końcu po hasłach w stylu "Białas, Łepek i Freier proszeni o..." i nam udaje się przedostać na pokład Arbuza WizzAir. Rozlokowanie i czekamy.... Obsługa lotniska wpada i wypada, co chwilę z kabiny pilotów wyraźnie podenerwowana. Po 30 minutach kapitan uprzejmie informuje nas o drobnej awarii i prosi o opuszczenie samolotu. Wracamy na duty free (dobra strona sytuacji - niektórzy wytrzeźwieli a innych suszyło). Lot mamy opóźniony o 2 godzinki, więc jest czas ponowić zakupy produktów butelkowanych i puszkowanych. Oczywiście żołądkowa z gwinta metodą studencką. Pijemy dalej, chociaż teraz już mocno śpiewamy "Nick nack paddywack" i inne przeboje. Pada hasło o odebraniu 7daysów, ale tylko połowa z nas kusi się na rogaliki z czekoladą. Wszyscy mamy przekonanie, że zaraz wsiądziemy z powrotem do samolotu. Jakże się myliliśmy...

Po kolejnych zapewnieniach, że następny komunikat za 1:30 godziny i informacji, że mamy obiad w restauracji do odbioru - wychodzimy z powrotem do hali odlotów, oczywiście posiadając w bagażach alkohol, który zakupiliśmy "na zaś" (to okaże się być przyczynkiem do konfrontacji ze służbami podczas następnego podejścia). Wychodzimy, odbieramy bloczki na obiad i część idzie jeść a część pije dalej. Shad zmęczony zasypia. Potem spotykamy się wszyscy w restauracji i jesteśmy świadkami godzinnego reczitalu Shada na temat "dlaczego ShadowWinter" Shad wyraźnie podładował akumulatory. Wracamy do hali odlotów i pijemy dalej.

W międzyczasie, w Mancunii Pawlos od 5 godzin błąka się po knajpach niczym wyjęty z powieści "Ulisses" Jamesa Joyce'a. Miał chłopak być 2 godziny później od nas - był 7 godzin wcześniej. Nie posiadając znajomości języka tubylców - na migi uzgodnił z recepcjonistką hotelu że zostawi walizeczkę i ruszył w miasto. Do czasu naszego przyjazdu poznał go na tyle żeby mógł być później cennym przewodnikiem podczas porannego poszukiwania sklepów z orzeźwiającą wodą.

Back in Pyrzowice AP. Po niedługim czasie informują nas, że możemy ponownie próbować przejść pod bramki. Cały alkohol kupiony na duty free ląduje w koszu (nie ma tłumaczenia, że nikt nas nie poinformował). Alkoholu najbardziej szkoda Gorzkowi, bo nurkuje w koszu - tak zaczęła się problematyczna sytuacja. Straż Ochrony zatrzymuje Gorzko a nam każe się przemieścić pod bramki. Gorzko stoi pod słupem i czeka na informacje, reszta ekipy czeka za kontrolą dokumentów. Po kolejnych pouczeniach o przesunięciu się pod bramki decydujemy się z Shadem zostać a reszta ekipy idzie pić. Kobiecina ze straży na pytanie, co będzie z Gorzko odpowiada "proszę się nie interesować, nie jesteście jego prawnikami" - otrzymuje w odpowiedzi "a skąd Pani wie, że nie jesteśmy?". Czekamy na wyjaśnienia, ale widać SOG trochę to denerwuje bo zabierają Gorzko do "salki tortur". Po jakimś czasie wypada mundurowiec i mówi do mnie - "Pan jest jego prawnikiem?" - Odpowiadam szybko i z przekonanie - TAK . Shad próbuje dojść, co jest grane, ale w odpowiedzi słyszy "Pan jest pijany - z Panem nie będę rozmawiał" (dobrze że opierałem się o budkę paszportową bo nie byłem mniej pijany niż on hiehie). Uzyskujemy informację - "Pana kolega złamał przepis... paragraf... punkt... oraz przepis... paragraf... punkt... . Za to wykroczenie grozi grzywna w wysokości do ... zł lub kara aresztu do .... dni. Postanowiliśmy udzielić pouczenia i puścić kolegę. Zostawiam go pod Pana opieką i Pan przejmuje za niego odpowiedzialność". Podziękowaliśmy i wzięliśmy Gorzko do samolotu, bo już bramki otwarto.

Tym razem nasz samolot (podstawiony nowy) nie szwankował i około godziny 20:20 udało się oderwać koła od płyty lotniska.

Lot - nie warty wzmianki. Ciemno za oknami, większość ekipy śpi zmęczona 8 godzinnym opóźnieniem lotu. Dopiero zniżanie się nad rzekę Mersey wprowadza trochę ożywienia. Lądujemy na kartoflisku w L-pool, szybko pakujemy się do Terravision i ponownie zasypiamy w drodze do Mancunii.

Po godzinie osiągamy Ziemię Obiecaną i wysiadamy z Terravision zaledwie...50 m od hotelu EazzzzzzzySleep na Anal Street w Pedałowie. Godzina 23:30 czy cos koło tego. Wchodzimy przez oczojebne różowe drzwi, lokujemy się w pokojach i sru - na miasto coś przegryźć.

Pierwszy wieczór - spacer na stację (Paula zostaje w hotelu), zwiedzanie zamkniętych knajp po czym decydujemy się na jedną z nielicznych ciągle otwartych - Turek Kebab Milky Bar Teraz następuje wiekopomna kwestia (w nawiasach hasła Turka kucharza): One donner kebab (One donner kebab), One donner kebab (That's two donner kebabs) One donner kebab (Three donner kebabs ??????) One more donner kebab (Four donner kebabs),...,(Four more donner kebabs ?!?!?!?!?!). Zabieramy 11 donner kababów i wcinamy.
Po kebabach znajdujemy czynny jeszcze lokal z piwczachem i po problemach z wylegitymowaniem się murzynowi bramkarzowi - wchodzimy do środka. Pijemy przeważnie ciemną pianę. Przychodzi Pani coby nas poinformować, że bar zamykają o 1:00, ale możemy posiedzieć do 1:20 bo będą sprzątać, tylko żeby zakupić sobie piwa przed zamknięciem kas. Tak też robimy. W międzyczasie jesteśmy świadkami trzech zdarzeń - murzyn udaje, że umie śpiewać, potem murzyn udaje, że ćwiczy tricepsy a na koniec dosiada się do nas ni z tego ni z owego dziadek z piwem w ręce. Nie mówi nic, tylko słucha (ten z kolei udaje, że wie, o czym mówimy). Po niedługim czasie wywalają nas z knajpy. Ustalamy, że z każdej knajpy nas o tej porze wywalą, więc idziemy do sklepu zakupić prowiant na resztę wieczoru/nocy. Dziadek zabiera się z nami.
Podczas gdy część ekipy wybiera piwa w sklepie - reszta czeka na zewnątrz. Dziadek wychodzi szybko ze sklepu z butelką na oko 1,5 litra smirnoffa (oczywiście już rozcieńczonego) i ładuje z gwina stojąc ciągle z nami, ale się już dosyć sporo odzywa. Where are you from? Where is your hotel? Po odpowiedzi że na canal steel - Never heard of.

Przychodzi ekipa z piwami i idziemy do hotelu. Żegnamy się z dziadkiem, na co on "oh, no, I'm going with you..." Idziemy szybkim krokiem żeby sobie odpuścił. Pada hasło - "musimy zgubić dziadka" i przyspieszamy mocno kroku - na co pijany dziadek reaguje biegiem za nami. Wpadamy do hotelu - dziadek depcze nam po piętach, wymykamy się na piętro, za nami dziadek - a za dziadkiem kobieta z recepcji: Excuse me sir, where are you going (kobieta) I'm with my friends (dziadek) Is he with you (kobieta do mnie) No (moja odpowiedź) Say yes, say yes (dziadek robiący oczy kota ze shreka 2) I'm sorry sir - it's a private gay party (kobieta) ))). W ten sposób uwalniamy się od dziadka.

Zaczynamy dalszy ciąg wieczoru siedząc, co do jednego u nas (Stavros, Domel, Blantman) w pokoju. Dołącza Paula. Pijemy piwa i gadamy o pierdołach.

Co chwilkę wypadamy na szlugi na Anal Street obserwując ten pieprzony gayowski karnawał, przebierańców, całujących się facetów, 60-letnie babcie ubrane jak nasze gimnazjalistki, lachociągi, faceta trzymającego łape w gaciach innego faceta (jeszcze do dzisiaj mam ruchy robaczkowe przełyku w drugą stronę skierowane.
Kończymy imprezę około 4:00, ale niektórzy z nas postanawiają iść jeszcze się dotlenić. Reszta - kąpiel i spać.

Nazajutrz (po zaledwie 3 godzinach snu) dowiadujemy się, że ekipa z Shadem, Blantmanem i Jacą wybrała się o 5:00am taryfą pod Old Trafford. Zobaczyli i wrócili.

Dzień 2 - sobota
Budzim
y się i pijemy, co kto ma. Automat w hallu wydaje puszkowane napoje, ale i tak wybieramy się na chwilkę na miasto żeby zrobić najpotrzebniejsze zakupy. Reszta ekipy powoli dochodzi do siebie i ustalamy, że jedziemy do Bishop Blaize na śniadanie. Dzień mamy mieć zdominowany zwiedzaniem OT, więc najlepiej być już w jego okolicach, kiedy o 11:20 mamy zarezerwowany tour. Taksówki wysadzają nas pod OT, więc robimy sobie kilka fotek metodą "na japońskiego turystę". Dochodzi 10:00 więc pakujemy się do Bishopa na śniadanie. Aby nie powtórzyć sytuacji u Turka - część zamawia słynną lasagnę, inni (w tym ja) zamawiają coś innego - przeważnie równie słynny english breakfast. Popijamy John Smiths Extra Smooth i lookamy na zegarki - 11:10. Szybko śmigamy na OT, a tam się okazuje, że kolejka zajebiście duża i na pewno się nie wyrobimy na czas. Odbieramy swoje bilety na tour około 11:45, ale udaje się wkręcić w grupę, która czeka na nas z rozpoczęciem swojego touru. Siadamy na East i słuchamy, co gość mówi, po czym przechodzimy na dół do szatni, siadamy pośród koszulek i słuchamy dalej. Następnie wychodzimy tunelem na stadion (oczywiście nie na samą murawę) i przechodzimy w kierunku ławek rezerwowych. Rozwijamy flagę i następuje 30 minutowa sesja foto, która strasznie denerwuje pozostałych uczestników tour, bo muszą na nas czekać (następna ekipa w kolejce jest również zdenerwowana, bo stoją w tunelu jak ciołki podczas gdy tutaj my się bawimy przednio). Kończymy tour i wychodzimy do Megastore. Spotykamy się pod Rooneyem i ustalamy, że Shad (znudzony już tysiącpięćsetnym razem na OT) z Paulą idą od razu do BB, reszta robi zakupy w MS a następnie uderza na muzeum. Zwiedzamy podzieleni na grupki i w końcu spotykamy się po wszystkim w BB. Wyskakujemy po sąsiedzku do Redlegends i kupujemy co komu pasi.

Po długotrwałym oblężeniu OT mamy świadomość, że plan zdążenia na Gigg Lane na mecz FCUM był niedorzeczny i dobrze że się z niego wycofaliśmy. Jemy obiadek i wpada Primus - siada z nami i prowadzimy ogólną dyskusję. Pojawia się Tony O'Neill i od razu czuje się respekt w BB.

Po obiadku pakujemy się w taksówki i jedziemy w trzech rzutach do Trafford Center. Taksówki zatrzymują się w innych miejscach i grupa dzieli się na dwa obozy. Część z nas wraca do hotelu, pozostała grupka 5 osób zostaje na pianie. Umawiamy spotkanie na 19:00 i sru.

Parę minut po 19:00 zbieramy się i idziemy na stację kolejową do baru. Lokujemy się na kanapach i pijemy piwsko, przy okazji oglądając mecze (m.in. ligę włoską) na telebimach. Niektórzy grają w bilard, inni zasypiają na kanapach, jeszcze inni tylko piją. Dzięki dzisiejszej wizycie pod OT jesteśmy ładnie owinięci na złoto/zielono, dzięki czemu chłopaki dostają sporo gratisów u Turka u którego zjedliśmy dzień wcześniej ilewen kebebs ) Klniemy wszyscy na pierdołę Bendtnera za to że strzelił West Hamowi bramkę w doliczonym czasie gry.

Wychodzimy z knajpy i ponownie kupujemy piwa w sklepie, po czym wracamy do hotelu. Ponownie siedzimy i gadamy o pierdołach, w tym spory na temat różnic pomiędzy alkoholem a narkotykami. Idziemy wcześniej spać (około 3:00) bo w dzień meczu chcemy się stawić w BB zaraz po otwarciu.

Dzień 3 - niedziela - Match day
Budzimy się, ubieramy w barwy i śmigamy do BB. Ponieważ w dniu meczu kuchnia jest zamknięta i stoły wyjeżdżają z Bishopa - kupujemy sobie jakieś junkfoody w okolicznych pootwieranych budkach. Wchodzimy do BB i zajmujemy jeden z nielicznych stolików barowych w środku oraz wieszamy flagę na balkonie za lodówkami ze stella artois. Zakupujemy dużo piw i czekamy popijając, bo Pete Boyle udziela wywiadu. Co chwile padają jakieś przyśpiewki rozpoczynane w różnych częściach BB, Stretford Enders na razie w małej ilości i tylko piją piwo.


W końcu Boyle wychodzi na poręcz z tradycyjnym piwem do strojenia strun głosowych i lecimy z koksem. Z każdą chwilą BB wypełnia się coraz bardziej i bardziej, lecą "Nick-nack paddywack", "Who the fuck are Man United", "Who's that twat from Argentina", "Wesley Brown", "Gary Nevill is a red", "San siro is never full" (oczywiście w wersjach zarówno pod merseyside, elland road i council house) itd, ale wszyscy wyczekują na wzniesienie kubków i "Weeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee , drink a drink a drink...". Boyle dopier wtedy rozkręca imprezkę. Pojawia się puchar Champions League z którym wszyscy robią sobie zdjęcia. Pojawiają się również nasi znajomi z Red Army Slovenia oraz Primus. Ciężko się już teraz przeciskać po piwa, więc chodzimy od razu po kilka sztuk. Śpiewy po pewnym czasie się nasilają i każda luka wypełniana jest przyśpiewką rzucaną z różnych stron BB. Sporo przyśpiewek antygazerowskich i fruwające złoto-zielone szaliki.

Na godzinkę przed meczem część z nas opuszcza BB, bo chcemy zobaczyć rozgrzewkę naszych. Idziemy na East Stand i siadamy w odległości splunięcia od murawy. Pojawiają się piłkarze, ale nasi grzeją się pod Stretford więc widzimy ich z daleka.

Rozwieszamy flagę w pobliżu łączenia East z North za bramką, a tym czasie Shad z Paulą wieszają drugą na SE przykrywając kawałek ONE LOVE STRETFORD END. Stadion powoli się zapełnia.

Siadamy i oglądamy mecz. Stretford na początku słabo, my staramy się ciągnąć, bo siedzimy zaraz obok kibiców wieśniaków i ich słychać nieźle. East nie ma pomysłu na doping, bo stać ich tylko na "United, United", więc ładujemy Nick-nack paddywack i ludzie ciągną z nami. Ożywa Stretford, i z czasem doping wychodzi coraz lepiej. My niestety siedzimy wśród dziadków i niedzielnych turystów więc wieśniaki nas dominują. Grupka Irlandczyków angażuje się w nasz doping, więc troszkę polepsza to naszą reputację, ale ciągłym przekrzykiwaniem wieśniaków załatwiam sobie gardło i w drugiej połowie prawie się nie odzywam bo i tak głos nie wychodzi z gardła. Pierwsza połowa 0:0 i wiedzieliśmy, że teraz bramki zobaczymy tylko z dużej odległości (bo w drugiej połowie gramy na bramkę przy SE).

W przerwie budweisser pod trierem i obserwujemy skromną ceremonię uczczenia 100 lecia OT (dostaliśmy również kopie programów sprzed 100 lat).

Wznowienie gry i pada bramka - ROOOOOOOONEEEEYYYYYYY na stadionie. Niektórzy jeszcze nie zdążyli wrócić z kibla w przerwie ) Potem gra szarpana, Valencia słabo, dobrze walczy Nani, nie poznaję Nevilla - gra bardzo dobrze. Wreszcie przychodzi moment że cały stadion skanduje przez minutę jedną treść - Danny Murphy fauluje chamsko w środku pola najpierw bodajże Carricka, potem Rooneya i cały stadion leci "YOU SCOUSE BASTARD", nawet mi głos wrócił na tą chwilę. Około 80 minuty serca nam zamarły bo Zamora wypada sam na sam z Van der Sarem ale Nemanija w tylko sobie znany sposób w ostatniej chwili wybija mu wślizgiem piłkę. Oczywiście stadion kwituje to przyśpiewką o Serbii i mordowaniu )). Sytuacja wkurzyła naszych i wzięli się w końcu do roboty, czego efektem były bramki Rooneya (druga) i w końcówce Berbatova. Końcówka upłynęła, więc pod znakiem radości ze zwycięstwa, ale również smutku z powodu "no fucking support" skandowanego przez wieśniaków.

Po meczu zostajemy na stadionie do czasu wyrzucienia nas przez stewardów. Twistujemy scarfami GG i zwijamy flagi. Spotykamy się pod Trinity i czekamy na Burna, który chyba nie mógł ochłonąć po meczu.

W końcu jesteśmy w kupie i myślimy jak się dostać z powrotem na Anal Street. Taryfy odpadają na tym etapie bo jest ich jak na lekarstwo a kolejka zajebiście długa. Idziemy na metrolinka, ale tam kolejka jest duuuuużo większa. Wracamy pod OT i po drodze mijamy Audi S8 V10 z Rio i jego rodzinką. Robimy z Pawlosem zdjęcia i lecimy za ekipą. Pod OT już tłum mniejszy, więc przechodzimy troszkę w drugą stronę i łapiemy jedną taksówkę, w którą pakuje się pierwsza ekipa. Dojeżdżamy na Anal Street i Paula od razu pędzi do sklepu, a my czekamy na resztę. Po chwili zjawia się ekipa. Wiemy już że wieczór mamy zaplanowany i idziemy z Primusem i jego dziewczyną do knajpy.

Zjawia się Primus i Marta i śmigamy przez pół miasta do knajpy. Wypijamy tam kilka pianek i niektórym się zasypia, więc postanawiamy zmienić otoczenia i idziemy do najbliższego Wetherspoona i jemy co się da. Atmosfera się rozkręca, czego kulminacją jest pojedynek na kawały, z którego zwycięsko wychodzą ex-equo Timon i Dominik. Dyskusje o wszystkim i o niczym. Mocno poróżnił nas temat "kary śmierci", ale obyło się bez rękoczynów hiehie (wiem, wiem, najbardziej się irytowałem. Sorki - zmęczony byłem). Wychodzimy z knajpy niemalże z chwilą jej zamknięcia. Żegnamy się z Piotrkiem i Martą i śmigamy do hotelu. Pakujemy się żeby nazajutrz rano nie musieć tego robić bo autobus mamy o 5:55. Wypijamy kilka browarków na zakończenie, kąpiel i spanko.

Dzień 4 - poniedziałek
Budzimy się i wyjątkowo niemalże punktualnie wszyscy się stawiają na zbiórkę. Żegnamy się z Pawlosem bo on leci godzinę później z Manchesteru. Idziemy na przystanek, a tam kupa ludzi. Autobus spóźnia się 15 minut i sporo ludzi już jest w środku, dlatego też pilot oznajmia - w pierwszej kolejności wejdą ci, co wykupili bilety przez neta. No nie mógł nas bardziej ucieszyć. Pakujemy się do środka i drzemiemy niemalże całą drogę do Lenona. Wychodzimy, ważymy za 1Ł na lotnisku bagaże żeby nie przegiąć i pakujemy się przez kontrolę. W międzyczasie widzimy nagłówek jakiegoś The Sun albo czegoś podobnego - Beckham zerwał Achillesa - no to klops.

Przeskanowali nas, obmacali, po czym wyciągnęli moje kosmetyki i sprawdzali każdy płyn papierkiem lakmusowym. W końcu przepuścili nas wszystkich i poszliśmy na wolnocłówkę. Człowiek przyzwyczajony do tego, że to, co kupione na duty free nie liczy się do limitów bagażu (w ogóle myślałem że ewentuale ważenie i mierzenie bagażu nas ominęło), zakupuję parę pamiątek i rozszerzam przestrzeń bagażową mojej walizeczki. Jakież było moje zdumienie, kiedy murzynka przed samym wyjściem do samolotu kazała pakować bagaże do stojaków wzorcowych. Wyciągnąłem to, co nabyłem na wolnocłówce, wziąłem do ręki i walizeczka się zmieściła. To, że miałem sporo rzeczy w ręce widocznie umknęło babie, bo w tym czasie jakaś kobieta próbowała się również wcisnąć do stojaka i od razu było wiadomo, że się nie zmieści - usłyszała tylko: that's gonna cost you 25Ł. Ja przeszedłem za załom w murze, ponownie rozszerzyłem walizkę i zapakowałem z powrotem to, co miałem w rękach.

RyanAir (tym razem Benek w odróżnieniu od Arbuza WizzAir) zabrał nas w podróż powrotną. Ponownie część spała.

Wylądowaliśmy we Wrocławiu i dosłownie sprzed nosa spieprzył nam autobus na dworzec. Kupiliśmy więc bilety autobusowe i czekaliśmy na następny. W międzyczasie zmył się chyba Timon. Następny autobus spóźnił się 30 minut, więc jasne stało się, że nie zdążymy na pociąg w kierunku Katowic o 13:55 którym wszyscy chcieli jechać. Przybyliśmy na dworzec 15 minut za późno. Następny interesujący nas pociąg miał departure o 15:39 (chyba) więc mieliśmy troszkę czasu. Wpakowaliśmy się do McDonald's a dwóch poszło do Turka na kebaba (jakby nie mieli dość po Mcr). Zjedliśmy i pożegnaliśmy się z Jacą, bo on miał 5 minut wcześniej pociąg. Reszta wsiadła w Interregio i sru na Katowice. W pociągu też drzemanko i w Katowicach wypada większość ekipy - Domel potem sru z seniorem na Andrychów, Shad, Paula, Gorzko i Burn na stolicę, reszta zostaje na Śląsku. Do Krakowa dojeżdżamy z Dominikiem, gdzie on idzie do siebie a ja czekam na pociąg do Tarnowa. Około godziny 22:00 ściągam wreszcie buty we własnym domu.

To było niezapomniane przeżycie i dziękuję wszystkim w nie zaangażowanym. Jesteście świetną ekipą i cieszę się że poznałem tylu ciekawych ludzi, z którymi można porozmawiać nie tylko na tematy United. Do zobaczenia na kolejnych wyjazdach (widzę, że Burnowi tak się spodobało, że był już teraz w Monachium).


Relację przygotował Stavros.



dodany: 2012-03-14 07:10:00 , przez: admin