Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

21.03.2010 Manchester United vs Liverpool FC

Pomysł na wyjazd na mecz z Liverpoolem narodził się dość przypadkowo. Dzordz, który jest również moim bratem dzień przed meczem z The Reds na Anfield w październiku sprawdził z ciekawości ceny lotów do Anglii. Były one bardzo korzystne i zaczęliśmy rozmyślać czy nie polecieć do Manchesteru w marcu na Old Trafford jednak ostateczną decyzję mieliśmy podjąć po niedzielnym meczu 25 października 2009 roku. Mecz nie ułożył się po naszej myśli, Diabły przegrały 0:2, ale wtedy bez zastanowienia podjęliśmy decyzję - lecimy.


Zabookowaliśmy samoloty (niestety kilkukrotnie ze względu na różne zmiany), hotel i inne mniejsze szczegóły i mogliśmy wyczekiwać wyjazdu. Wszystko zaczęło się w czwartek 18 marca, kiedy około godziny 20 przyjechał do Sopotu Browarinho. Razem z Dzordzem poszli na piwo, ja miałem iść spać, ale myśląc o wyjeździe nie mogłem zmrużyć oka. Chłopaki wrócili do domu, poszliśmy spać gdzieś o 2 w nocy, a na 3.30 mieliśmy nastawione budziki...

I dzień, 19.03.2010

Byliśmy niesamowicie niewyspani, ale myśląc o wyjeździe szybko się obudziliśmy, łazienka, śniadanko, szybki mecz w Fife z Dzordzem, sprawdzenie czy wszystko mamy i na lotnisko. Tam mieliśmy małe problemy z odnalezieniem naszego wejścia, ale cała odprawa przebiegła szybko i sprawnie i czekaliśmy, aż wywołają nasz samolot. Stojąc w kolejce i rozmawiając o meczu najpierw zobaczyliśmy jednego kibica Liverpoolu, przed nami stało dwóch facetów i najwidoczniej usłyszeli o czym gadamy i okazało się, że również lecą na United. Zapytali nas czy jesteśmy z MUSC i na dobre zaczęła się gadka, o meczu, o wyjazdach, również o stowarzyszeniu. Lot minął spokojnie, ja osobiście prawie cały przespałem. W Liverpoolu pożegnaliśmy się z dwoma kolegami po wcześniejszej wymianie telefonów bowiem oni mieli nocleg w tym syfiastym mieście, my czekaliśmy godzinkę na Terravision do Manchester. W autobusie dość mało ludzi, wypiliśmy po piweczku i spokojnie dojechaliśmy prawie w samo centrum miasta. Po szybkiej orientacji poszliśmy do hotelu oddalonego o parę kroków od przystanku, jednak pokoje mogliśmy dopiero odebrać o 14 (była gdzieś 9 rano). Zostawiliśmy tylko bagaże i udaliśmy się na Metrolink jadący na Old Trafford.

Po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu. Zobaczyliśmy, że stacja została przebudowana od czasu naszych ostatnich wizyt, ale nie tym byliśmy zainteresowani. Szliśmy w stronę Old Trafford i coraz bardziej ukazywała nam się piękna konstrukcja Teatru Marzeń. Kilka zdjęć pod stadionem i poszliśmy do Bishop Blaize spotkać się z Piotrkiem. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, zjedliśmy i wypiliśmy piwko, a także obejrzeliśmy losowanie ¼ finału LM w którym wylosowaliśmy Bayern Monachium. Gdy zbliżała się godzina 13 poszliśmy z Dzordzem na stadium tour, a Piotrek z Browarem pojechali do Trafford Centre. Ludzi pod Old Trafford było mnóstwo, udało nam się na szczęście ominąć francuską wycieczkę i masę azjatów. Była to moja druga wizyta w Manchester, jednak pierwszy raz byłem na „zwiedzaniu” i ogromne wrażenie zrobiło na mnie muzeum. Gdyby chciało się zobaczyć wszystko dokładnie to zajęłoby to chyba z 3 godziny. W muzeum są 3 piętra, masa pucharów, koszulek, zdjęć, specjalne pomieszczenie upamiętniające katastrofę w Monachium i wiele innych. Później udaliśmy się na Stadium Tour, miło było ponownie wejść na trybuny, ujrzeć zieloną murawę i zasiąść na ławce rezerwowych.

Przed stadionem czekał już na nas Browarinho i pojechaliśmy zameldować się w hotelu. Po drodze przechodząc obok przystanku zajechał autobus z lotniska i jak się okazało przyjechała nim reszta ekipy. Wraz z Lucą, Leslavem i Jackassem udaliśmy się do „Eazysleep”. Chwilę odpoczęliśmy i razem z Browarem, Jackassem i Dzordzem pojechaliśmy do Trafford Centre. Jest to podobno największe centrum handlowe w Wielkiej Brytanii, około 300 sklepów i naprawdę wielkość i wystrój robiły wrażenie. Spędziliśmy tam pare godzin i wróciliśmy do hotelu. Był już wieczór, przechyliliśmy parę piwek i poszliśmy w poszukiwaniu jakiejś imprezowni, najpierw byliśmy w pubie na pianie, później weszliśmy czwórką Dzordz, Leslav, Luca i ja do klubu. Lepiej nie będę mówił co tam się działo, ale wróciliśmy późną nocą do pokoi i poszliśmy spać ;)

II dzień, 20.03.2010
Budzik miałem nastawiony na 8 rano, bowiem chcieliśmy jeszcze kupić jakieś ciuchy. We trójkę (Dzordz, Jackass i ja) chwilę po 9 udaliśmy się do Primarka, tam nam zeszło trochę czasu, Jackass wrócił do hotelu, a my jeszcze pokręciliśmy się po innych sklepach. Chwilę przed 13 wróciliśmy do pokoju bowiem jednym z głównych planów wyjazdu był mecz FC United of Manchester z Hucknall Town. Klub założony przez kibiców United w 2005r. po wykupieniu udziałów przez Malcolma Glazera, grający w Unibond League (odpowiednik 8 ligi, 7 lig niżej niż Premiership). Szybko się zebraliśmy i naszą hotelową szóstką wsiedliśmy w Metrolink jadący do Bury. Na trasie pociąg miał małą awarię, ale w miarę sprawnie dotarliśmy do celu. Osobiście myślałem, że Bury to małe miasteczko, z jednym sklepem spożywczym na rogu i budce Fish&Chips, a naprawdę byłem zaskoczony widząc centrum handlowe i tłum ludzi. Zjedliśmy rybę z frytkami w jakimś małym lokalu i zapytaliśmy właściciela jak dotrzeć na Gigg Lane. Nie byliśmy zbyt zadowoleni gdy powiedział nam, że trzeba wsiąść w autobus bo piechotą zajmie nam to z 30 minut bowiem właśnie tyle zostało do pierwszego gwizdka sędziego. Szybkim krokiem/biegiem wróciliśmy pod stację Metrolinka, gdzie znajdował się Bus Station. Kierowca powiedział, że da nam znać, kiedy mamy wysiąść. Weszliśmy na stadion gdzieś dwie minuty przed meczem, przez przypadek na Main Stand, ale chwilę po pierwszym gwizdku sędziego pani stewardka przeprowadziła nas na trybunę MRE.

Pierwsza połowa dopingowo wypadła średnio, ale FCUoM prowadziło po golu Carlosa Roca. W drugiej połowie doping był taki jakiego naprawdę oczekiwałem i mimo wcześniejszego zainteresowania „małym United” wciągnęło mnie to jeszcze bardziej. FC United wygrali mecz 2:0, drugą bramkę strzelił kapitan David Chadwick. Po meczu odwiedziliśmy klubowy sklepik, pokrążyliśmy trochę wokół parku i wróciliśmy do Manchester. Zrobiliśmy ostatnie zakupy na mieście i wieczorem udaliśmy się do Bishop Blaize i pod Old Trafford myśląc już tylko o niedzielnym meczu z Liverpoolem. Spotkaliśmy konika, zapytałem z ciekawości za ile sprzedaje bilety i wywiązała się mała dyskusja. Zapytał ile bym dał za bilet, ja odpowiedziałem, że jak na mecz ze scousersami jakieś 150GBP, on odpowiedział, że by zaczął od 225GBP i schodziłby w dół, przytaknął, że cena, którą podałem jest optymalna. W BB zjedliśmy Lasagne, wypiliśmy co nie co i wróciliśmy do hotelu. Część udała się na imprezę, część została w pokojach oglądając telewizję i dyskutując nad „literaturą”.


III dzień, 21.03.2010 „Match Day”

Wstaliśmy o 7 rano, szybkie ogarnięcie się i zbieraliśmy się do wyjścia na mecz. W Burger Kingu chcieliśmy zjeść śniadanie jednak nie było żadnych kanapek o tej porze, więc pojechaliśmy na Old Trafford. Ludzi było już sporo, kupiliśmy średniej jakości hamburgery i stanęliśmy w kolejce do Bishop Blaze, która była już bardzo długa. Na wejściu pobierali jeszcze opłaty za wejście, w środku z minuty na minutę ludzi przybywało coraz więcej. Około 10.30 impreza zaczęła się na dobre, śpiewał każdy bez wyjątku jednak prawdziwy „ogień” był tylko wtedy gdy Pete Boyle rozpoczynał przyśpiewkę – cały pub śpiewał wtedy razem, w innych przypadkach było podzielenie na trzy grupki. W Bishop byłem po raz pierwszy i szczerze jak na mecz z Liverpoolem spodziewałem się większej mobilizacji i lepszej imprezy (ale to oczywiście tylko moja opinia ;) ).


Gdy zegarek wskazywał na godzinę 12.50 zaczęliśmy wychodzić na stadion. Mimo, że droga jest bardzo krótka to w całym tłumie ludzi zdążyliśmy kilka razy zgubić siebie nawzajem. Przechodząc koło stadionu było słychać głośne śpiewy kibiców przyjezdnych i adrenalina zaczęła wzrastać. Wywiesiliśmy flagi, zajęliśmy swoje miejsca i wyczekiwaliśmy pierwszego gwizdka. Meczu opisywać nie będę bo każdy go widział, jednak byłem mile zaskoczony dopingiem na naszej trybunie. Byliśmy tuż obok East Stand na „narożniku”, kilka razy stewardzi kazali nam siadać bo zasłanialiśmy jakimś cieciom, ale tak czy siak byłem zadowolony z tego co się dzieje na trybunach. Po bramkach oczywiście niesamowity szał, po golu Parka zaczął się trudny moment bowiem z jednej strony chciałem żeby mecz się już zakończył, z drugiej wiedziałem, że po ostatnim gwizdku będę już tylko kilka minut w tym fantastycznym miejscu i będę musiał opuścić Teatr Marzeń. Całe spotkanie minęło w niesamowitym tempie, Howard Webb gwizdnął po raz ostatni i wszyscy wpadli w szał radości. Zrobiliśmy sobie jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć i musieliśmy opuścić stadion. Scousersi udawali spadające samoloty żartując sobie z katastrofy lotniczej w Monachium, ale wiadomo, jaki klub tacy kibice...

Po meczu czekaliśmy aż goście opuszczą trybuny, wszystko sprawnie eskortowała policja, więc nie było emocji „pozasportowych”. Murders poszli szybko do swoich autokarów nie odzywając się nawet słowem. Nasza ekipa chciała wpaść do Bishop, ale znowu była spora kolejka, więc pojechaliśmy do centrum. Tam Luca, Leslav i Jackass poszli do Wetherspoona, a my do Burger Kinga i spotkaliśmy się w hotelu. Na spokojnie zjedliśmy, wypiliśmy i oglądaliśmy telewizję w pokoju. Wpadł Piotrek, trochę pogadaliśmy, wyszedł z Lucą i wrócili z jakimś winkiem. Około 22 Primus musiał jechać do domu, pożegnaliśmy się z nim, a Luca z Dzordzem odprowadzili go na przystanek. Chłopaki wrócili, obejrzeliśmy na BBC Match of the day i ja z bolącą nogą bardzo zmęczony poszedłem spać.

W poniedziałek budzik zadzwonił o 3 w nocy, spakowaliśmy się do końca, poczekaliśmy chwilę na chłopaków z drugiego pokoju i udaliśmy się na Terravision. Z małym opóźnieniem podjechał autobus i ruszyliśmy na lotnisko. Część przespała całą drogę, część nie spała w ogóle, a ja zamknąłem oczy gdzieś na połowę trasy. Na lotnisku wypiliśmy jeszcze piwka, zjedliśmy i udaliśmy się na odprawę. Na szczęście nie było żadnych opóźnień i samolot do Gdańska do którego wsiadłem ja, Dzordz i Jackass odleciał planowo o 8 rano. Godzinę później odlot do Wrocławia miał Luca, Leslav, Browarinho, Szychtos, Janeq, Burza i Czarny. Prawie cały lot przespaliśmy, z lotniska pojechaliśmy samochodem do Sopotu, Jackass wsiadł w pociąg do Warszawy, a my wróciliśmy do domu. Leslav napisał, że szczęśliwie wylądowali i tak oto zakończył się wyjazd.

Kolejne niesamowite i niezapomniane wrażenia, ale chwilę po powrocie do domu już się tęskni za tym wszystkim. Wygrana FC United, wygrany mecz Diabłów z największym wrogiem z Merseyside i bardzo fajna ekipa wyjazdowa, więcej nie można sobie wymarzyć. Dziękuję bardzo wszystkim za wyjazd i mam nadzieję, że zobaczymy się jak najszybciej

United We Stand!

Relację przygotował Maciek7.



dodany: 2012-03-14 07:15:00 , przez: admin