Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

10.04.2010 Blackburn Rovers vs Manchester United

Dzień 1 – Czwartek
Ja swoją wyprawę zacząłem już w czwartek po południu. Wylot mieliśmy w piątek w południe, a ja nie miałem połączenia z Łodzi, więc zdecydowałem, że udam się już do Katowic w czwartek i przenocuje u kogoś ze śląskich Muscowiczów. Padło tradycyjnie na Karolę. Przy tej okazji zobaczyłem jej nowe mieszkanie, poznałem psa wariata Kiko. Sporo pogadaliśmy, ale wyszło zmęczenie podróżą i szybko zasnąłem, bo wiedziałem, że przez kolejne 3 dni trzeba mieć dużo energii.


Dzień 2 - Piątek

W piątek rano spotkałem się około 9 na dworcu w Katowicach z Leslavem, który przyjechał pociągiem z Wrocławia. Miło było po raz kolejny zobaczyć starego ziomka, z którym już nie jeden wyjazd przeżyłem. Razem poczekaliśmy około 50 minut na kolejnego tripowicza - Lucę, który przyjechał po nas samochodem pod dworzec i razem mieliśmy ruszyć do Pyrzowic. Po drodze zabraliśmy z domu Prezesa - Wojtka i takim sposobem zebrana była już cała ekipa z Polski. Lot przebiegł bezproblemowo, wszyscy prawie spali... no do czasu, kiedy Luca zaczął chrapać. Po nieco ponad 2 godzinach znaleźliśmy się na lotnisku w Liverpoolu. Stamtąd szybko do autobusu Terravision i fru do Manchesteru. Doświadczeni poprzednimi wyjazdami, wiedzieliśmy, że obsługa, kierowca są z Polski, ale jakie musiało być nasze zdziwienie, kiedy z głośników w autobusie zabrzmiała piosenka Karamby... "zadbaj o łeb, zadbaj o łeb, załóż na głowę moherowy beret!". Oczywiście kupa śmiechu i tym sposobem bardzo szybko znaleźliśmy się w centrum Manchesteru. Hotel mieliśmy w samym centrum miasta na sławnej ulicy cANAL STREET (polska nazwa - pedałowo). Już niejedna ekipa z Polski mieszkała tam, więc byliśmy przygotowani na co zwracać uwagę i jakie części ciała zabezpieczyć Po zakwaterowaniu i ogarnięciu się wpadł do nas Piotrek - kumpel poznany podczas jednego z wyjazdów w październiku, na co dzień pracuje w bishop blaize, jego historie przyprawiają wszystkich o ból brzucha ze śmiechu. Świetny gość! Chłopaki zrobili whisky i ruszyliśmy zwiedzać knajpy na pedałowie. Od jednego piwka do drugiego i tak nam zleciał cały wieczór. W między czasie odwiedziliśmy knajpę, w której śpiewała Whitney Houston aka Tina Turner aka Cher. No może nie była ona do końca prawdziwa (nawet nie jestem pewny, czy to była ona), ale zabawa była przednia. Około północy dołączył do nas Pawlo, który przyjechał ze Szkocji. Spotkaliśmy się z nim w umówionym miejscu, bo powiedział, że sam po pedałowie chodzić nie będzie. Znów zaczęliśmy piwkować i tak do około 3, kiedy padliśmy ze zmęczenia. Walnęliśmy się do łóżek, bo trzeba było rano wstać... Mieliśmy jechać na mecz FCUM.



Dzień 3 - Sobota

Pobudka około 9. Jako, że FCUM grało na wyjeździe w Burscough, Pawlo załatwił nam miejsca w busie, w którym zawsze na mecze jeżdżą zaprzyjaźnieni fani FC United. Po przebudzeniu i włączeniu TV dopadła nas tragiczna informacja o katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. Były to informacje szczątkowe, ale zaraz dostaliśmy smsy od znajomych i było jasne, że wydarzyła się tragedia. W Anglii ludzie pewnie nawet nie wiedzą, gdzie leży Polska, więc nie odczuliśmy tak bardzo tej tragedii i postanowiliśmy się skupić na nadchodzących wydarzeniach. Na mieście spotkaliśmy się ze Skullem, który przyleciał z Irlandii. Razem ruszyliśmy w stronę dworca, gdzie już czekał bus z angolami i Tasiorem - Polak, mieszka na stałe w Manchesterze, ma karnet na mecze i chciał z nami pojechać. Wystarczyła chwila rozmowy i już dało się zauważyć, że to świetny gość. Wyluzowany, tak jak my z bzikiem na punkcie United i dużą wiedzą o Anglii i Angolach, bardzo miło było go poznać i tym bardziej dowiedzieć się, że w tym naborze wstępuje do MUSC. Busem jechaliśmy ponad godzinę. Zbieraliśmy po drodze kolejnych angoli, Skull prowadził doping w busie, zalewając jednocześnie zaschnięte gardło jakimś czytadłem. Na miejscu od razu zrobiliśmy sobie foty z flagami, obie prezentowały się rewelacyjnie!!! Angole byli pełni podziwu. Szybko uderzyliśmy do knajpy, jakiś obiadek, piwko, ale obsługa była strasznie niemiła, non stop jakieś pretensje, że mamy flagi, śpiewamy itp, więc stwierdziliśmy, że zmieniamy lokal. Znów pękło kilka piwek, Skull robił doping, ogólnie super zabawa i dużo śmiechu. Policja nadzwyczaj wyrozumiała, niektórzy cykali sobie z policjantkami fotki, luzik. Gdy zbliżała się godzina meczu, uderzyliśmy na stadion. Stadion malutki (jak na 7 ligę przystało), ale prawie cały wypełniony kibicami FC. Szybko zawiesiliśmy nasze flagi i zaczęliśmy doping, w którym liderem był oczywiście... Skull. Zrobił mega miazgę na trybunach, wszyscy angole wokół niego i ... "I am an FC fan". Po prostu miazga. Czasem aż był za bardzo ekspresyjny i była pogadanka z Police, ale na luzie. Wynik meczu niekorzystny, FC przegrało 1-0, nie wykorzystując karnego, ale całość, jak najbardziej pozytywna. Dla wielu to był szok, że Polacy przyjeżdżają na mecz FC United i zgniatają system. Był to mój pierwszy mecz FC, ale pewnie nieostatni. Bardzo podoba mi się ta inicjatywa i mimo, że wielkim kibicem FC United nie jestem, to taka atmosfera, szczególnie z takimi ludźmi, jak Prezes, Luca, Leslav, Skull, Pawlo, Tasior jest fantastyczna. Po powrocie do Manchesteru od razu udaliśmy się do Bishop Blaize, gdzie czekał na nas Piotrek, wspólnie mieliśmy oglądać mecz Realu z Barceloną. Zjedliśmy, co nieco, wypiliśmy też, co nieco i zajęci rozmową jednym okiem patrzyliśmy na mecz. Poruszyło nas bardzo, gdy przed rozpoczęciem meczu, cały stadion uczcił minutą ciszy ofiary katastrofy pod Smoleńskiem... Po meczu, każdy już był bardzo zmęczony, więc zaopatrzyliśmy się w piwka i pojechaliśmy do hotelu. Tam trochę oglądania tv i spać. Kolejny dzień miał być tak ekscytujący, że trzeba było zebrać siły.



Dzień 4 - Niedziela
Wstaliśmy około 8, szybko się ogarnęliśmy i udaliśmy się na dworzec, bo o 9 mieliśmy pociąg do Blackburn. Każdy był już mocno podekscytowany, wyjazd w lidze, około 8 tys. Red Army, było pewne, że to będzie niezapomniane przeżycie. Był to mój pierwszy mecz away w lidze, więc tym bardziej nie mogłem się doczekać aż dojedziemy do celu. Po drodze na stację dołączył do nas Tasior, który nie miał biletu, ale chciał z nami jechać, dopingować przed meczem z tysiącami Red Army i dołączyć do nas na ostatnie minuty meczu. W pociągu jednak trafiliśmy na Anglika, który oferował bilety w bardzo korzystnej cenie, takim sposobem i Tasior załatwił sobie wejście na mecz. Po kilkudziesięciu minutach jazdy dotarliśmy do Blackburn. Ze stacji do stadionu jest około 20/30 minut drogi, więc najpierw zaopatrzyliśmy się w witaminki w pobliskim sklepie, a dopiero później ruszyliśmy w drogę. W okolicach stadionu pełno naszych kibiców, cała knajpa w pobliskim placem zajęta przez Red Army. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Wszyscy już na pełnej bombie, wspólne śpiewy, ahh chce się żyć dla takich chwil. W takim nastroje wyczekaliśmy do początku meczu, kiedy to, wraz z całą Red Army udaliśmy się na stadion. Sam obiekt sprawia dobre wrażenie, stadion w typowo angielskim stylu. Wielkie wrażenie zrobił na mnie fakt, że cała dwupoziomowa trybuna za bramką była przeznaczona dla United. To był sygnał, że zrobimy niezły kocioł. I tak było! Przez cały mecz na pełnej. Po meczu nie mogłem mówić, w zasadzie dalej nie mogę. Kibice Blackburn nie istnieli, dopiero około 85 minuty coś zaczęli mruczeć, ale byli daremni. Zgnietliśmy ich dopingiem, to niewątpliwe. Wynik po raz kolejny niekorzystny, ale atmosfera wokół meczu zastąpiła mi wszystkie minusy tego wydarzenia. Dla takich chwil warto żyć, kiedy wychodzi się na stadion i z całych sił dopinguje się ukochany klub. Po meczu Neville i kilkoro innych zawodników United podziękowało nam za doping i takim sposobem punkt kulminacyjny tego wyjazdu się zakończył. Po opuszczeniu stadionu szybko udaliśmy się z powrotem na dworzec, ponieważ Pawlo spieszył się na pociąg do Szkocji. Odprowadziliśmy go, pożegnaliśmy i sami udaliśmy się w drogę powrotną do Manchesteru. Tam pożegnaliśmy się z Tasiorem, który wrócił do siebie, a my poszliśmy coś zjeść i do hotelu. Wieczorem jeszcze skoczyliśmy na miasto na piwko, odwiedziliśmy chińską dzielnicę, a potem powrót do hotelu, trochę pogadaliśmy, pożegnaliśmy się ze Skullem, który w nocy miał samolot do Irlandii i poszliśmy zmęczeni spać.

Dzień 5 - Poniedziałek
Autobus na lotnisko mieliśmy o 11, więc wstaliśmy około 9, spakowaliśmy się i poszliśmy zjeść śniadanie. Na lotnisku mieliśmy jeszcze dużo czasu do odlotu, więc skoczyliśmy do knajpy czegoś się napić, przegryźć coś i tak nam upłynął czas do startu. Lot bez historii, spaliśmy. Każdy był wyczerpany wyjazdem i przybity myślą, że wraca do szarej codzienności. Na lotnisku w Katowicach pożegnaliśmy się, Luca, Prezes i Leslav pojechali samochodem do Katowic, a ja udałem się z bratem do Łodzi.

Wielkie podziękowania dla Prezesa za załatwienie biletów na ten mecz wyjazdowy. Każdy wie, że to niełatwa sprawa, zdobyć bilety w normalnej cenie, więc tym większe podziękowania. Cała ekipo - jesteście zajebiści! Po raz kolejny się o tym przekonuję. Pozdro dla Skulla i Tasiora, miło było Was poznać. Jesteście wariatami, jakich mało Primus - do Manchesteru warto przyjeżdżać nawet tylko dla Ciebie i dla Twoich opowieści. Dzięki za miło spędzone chwile.

Prezes, Luca, Leslav, Skull, Pawlo, Tasior : dzięki za kolejny super wyjazd! Do następnego razu!

Relację przygotował Hercu.



dodany: 2012-03-14 07:20:00 , przez: admin