Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

11.11.2007 Manchester United vs Blackburn Rovers

Old Trafford - Teatr Marzeń... ehh nie wiem czy można ubrać w słowa to co przeżyliśmy na tym stadionie, niektórzy z nas czekali przeszło 10 lat żeby spełnić swoje największe kibicowskie marzenia. Aż wreszcie nastał ten dzień kiedy słowa pieśni "Take me home United road" miały stać się dla nas rzeczywistością... Nasza wielka przygoda zaczynała się na lotnisku w Katowicach skąd ja, Seki, Prezes, Adnigh oraz Dev udawaliśmy się do Liverpoolu. Reszta naszej ekipy tj. Victor i Domin mieli dołączyć do nas w niedzielę, natomiast Wojtek czekał już na nas w Manchester od wczesnych godzin porannych. :)


Na lotnisku odprawiliśmy się bez większych problemów, no może poza tym że miałam lekko przeszukany plecak gdyż na wyświetlaczu monitora widniał nóż ( którego oczywiście przy sobie nie posiadałam). Lot minął nam szybciutko i o 13.40 wylądowaliśmy na lotnisku w Liverpoolu. Powitała nas typowo angielska pogoda, wiał wiaterek, padało a nad głowami latały mewy. Wsiedliśmy w busa wprost do Manchester i w niecałą godzinkę byliśmy na miejscu. Pod hotelem czekał na nas Wojtek. Po zameldowaniu się w hotelu był czas na małą imprezkę. ;)

W sobotę udaliśmy się pod OT. Odwiedziliśmy pub Bishop Blaize. Super klimat panował tam nawet bez tłumu wiwatujących fanów. Nie mogłam uwierzyć, ze tam jestem. Usiedliśmy i po wypitym piwku (za drowie United oczywiście xD) udaliśmy się pod OT. Turne po OT mieliśmy zarezerwowane na godz. 15, ale wcześniej udaliśmy się do muzeum. W miarę jak zbliżaliśmy się do stadionu serducho biło mi coraz mocniej. Kiedy powoli zaczął wyłaniać się napis "Manchester United" miałam prawie łzy w oczach. Ten widok zapiera dech w piersiach. W mojej głowie pustka, istniałam tylko ja i mój ukochany stadion. Musiałam się zatrzymać na moment żeby poczuć to jeszcze bardziej, moje marzenie się spełnia...

Samo muzeum jest niewiarygodnie piękne, te wszystkie trofea, koszulki jeszcze z epoki przed zmianą nazwy naszego zespołu, autografy i pamiątki... Mam wrażenie że człowiek nie jest w stanie tego wszystkiego na spokojnie ogarnąć myślami. Można się w tym muzeum zatracić i myśleć tylko o United. Na mnie chyba największe wrażenie zrobiła sala poświęcona tragicznemu wypadkowi z Monachium. Panował w niej klimat nie do opisania, gazety w których opisano tą tragedię i zdjęcia tych którzy odeszli... [*]

Kolejne miejsce to pamiątka po zdobyciu przed Diabły "The Treble". Mnóstwo zdjęć, autografów, pamiątek i duży telebim na którym obejrzeliśmy jeszcze raz jak zdobywaliśmy LM, niesamowite jest na to patrzeć, na radość naszych zawodników i kibiców.. ehh łezka się kręci w oku jak człowiek to wspomina. Potem czekało nas to o czym myśleliśmy chyba wszyscy od momentu opuszczenia hotelu: zobaczyć stadion. Kiedy wchodziliśmy na sektor pierwszy widok robi niesamowite wrażenie. Czas zatrzymuje się w miejscu i jesteśmy tylko my i OT. Ja przez pierwsze parę sekund patrzyłam i nie mogłam uwierzyć że mogę tu stać, usiąść na trybunie i wpatrywać się w wielki napis z naprzeciwka "MANCHESTER UNITED" Nie wiem jak opisać to co czułam... Turne po stadionie obejmowało obejście stadionu, wejście do szatni zawodników, salę Vipów, salę konferencyjną i tunel, którym zawodnicy wychodzą na murawę. Nasz przewodnik przy wychodzeniu z tunelu podgrzał atmosferę i włączył nam wiwaty tłumów... Na koniec naszej wycieczki po OT mogliśmy zasiąść na ławce rezerwowych, gdzie uznaliśmy że miejsca są szczególnie wygodne i widok jest całkiem konkretny... tego dnia udaliśmy się też na miasto, żeby posmakować nocnego życia w Manchester. :D

W niedzielę chyba każdy od samego rana myślał tylko o zbliżającym się meczu. Wstaliśmy rano i udaliśmy się po Victora i Domina, którzy mieli pojawić się w Manchester około godz. 11.Jak się później okazało mieli lekkie spóźnienie z powodu awarii samolotu, ale cieszyliśmy się że udało im się dotrzeć. Po ulokowaniu naszych kumpli w pokoju hotelowym udaliśmy się pod OT. Znalezienie wolnego miejsca w pubie graniczyło z cudem. Ogromne wrażenie robiły tłumy fanów idących pod OT. Człowiek czuł że do nich należy, że nareszcie możemy poczuć tą atmosferę! W drodze na stadion mijaliśmy stragany z pamiątkami, a można było kupić dosłownie wszystko z United od koszulek po znaczki, obrazy i wiele fajnych gadżetów.
W pubie atmosfera była niesamowita.

Mecz zaczynał się o godzinie 15.00 lokalnego czasu więc koło 14 zaczęliśmy się zbierać w kierunku stadionu. Prezes rozdał nam wszystkim bilety. Niestety tym razem nie byliśmy na meczu w grupie, bo prawie każdy miał siedzieć w innym miejscu, także po rozdaniu biletów udaliśmy się w stronę swoich sektorów. Ja i Seki mieliśmy miejsca koło siebie więc udaliśmy się razem na swój sektor. Kontrola szła sprawnie i już po kilku minutach znaleźliśmy się w środku. Kiedy weszliśmy na stadion już prawie zapełniony fanami United, zrobiło to na nas ogromne wrażenie. Zawodnicy już rozgrzewali się na murawie, a Fred the Red zabawiał publiczność. Po paru chwilach zaczęliśmy się z Sekim rozglądać i z dziką radością stwierdziliśmy że jesteśmy na Stretford End! To już był szczyt naszych marzeń, nie mogliśmy uwierzyć ze będziemy z taką ekipą mogli obejrzeć mecz United! :D

Punktualnie o godz. 15.00 z tunelu zaczęli wyłaniać się bohaterowie tego popołudnia. Rozbiegają się po murawie. Pierwszy gwizdek, pierwsze dotknięcie piłki i po 10 latach marzeń i oczekiwań na ten moment nareszcie spełniają się moje sny... oglądam mecz United na Old Trafford!

Zawodnicy ruszają do walki o kolejne punkty, a Stretford End zaczyna swój doping. Tego jak na tej trybunie kibicuje się United nie da się opisać, tam trzeba być. Poczuć te wibracje, jak tysiące gardeł na raz wykrzykuje "He plays on the left, he plays on the right.." Parę razy naprawdę byłam bliska łez wzruszenia, bo doping był po prostu kapitalny. Przez 90' meczu jeden kibic zaczyna pieśń a reszta dołącza się do niego i doping przeszywa całe ciało.. ehh nie wiem jak ubrać to w słowa, nie wiem czy to w ogóle jest możliwe... miłość do klubu przełożona na pieśni... Angole w naszym sektorze cały mecz oglądają na stojąco, a przynajmniej na górnym sektorze, gdzie mamy swoje miejsca... Pierwsza połowa mija momentalnie, przychodzi czas na opanowanie emocji i wymianę paru zdań o meczu. W drugiej połowie emocje są już trochę bardziej stonowane, kamera się tak nie trzęsie z wrażenia i znowu kibicujemy pełną parą. Meczu opisywać nie trzeba bo oglądało się go przecudownie a każdy zagorzały fan go oglądał i zna wynik. :)

Nie bardzo rozumiem natomiast to, iż na kilka minut przed końcowym gwizdkiem fani powoli opuszczają stadion. Zawsze wydawało mi się ze wsparcie klubu do ostatnich minut meczu to oczywistość! No ale trudno są kibice i "kibice". My zostaliśmy na swoich miejscach do końca meczu, a zaczęliśmy się zbierać dopiero w momencie gdy ostatni zawodnik zniknął z murawy w tunelu. Przyznam ze ciężko było wyjść z tego stadionu, ostatnie pamiątkowe zdjęcia, ostatnie spojrzenie na OT i trzeba było opuścić to cudowne miejsce... Do tej pory nie mogę uwierzyć w swoje szczęście, ze mogłam uczestniczyć w takim widowisku, to dowodzi tego że największe marzenia się spełniają i dlatego warto marzyć....

Relację przygotował Angel.



dodany: 2012-03-14 05:45:00 , przez: admin