Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

8.03.2008 Manchester United vs Portsmouth

Czy kolejny mecz United, kolejna wyprawa do Manchesteru, do samego serca tej drużyny może wywołać niezapomniany dreszczyk emocji, ależ może a czemu zaraz przekonacie się sami... 7.03.2008 na kalendarzu godz. 9.30 spakowana czekam na kolejny wyjazd na mecz United. Jadąc autem bije się z myślami, jak będzie tym razem, czy wygramy, czy znowu poczuję to co czułam kiedy pierwszy raz weszłam na stadion. Dojechałam na lotnisko. Mój tata uśmiechnął się do mnie i powiedział "Wygrajcie tam". Pomyślałam sobie wtedy że kolejną przygodę z United czas zacząć.


Przekroczyłam próg lotniska i od tego momentu czas zatrzymał się w miejscu liczyło się tylko United. Czekam
na Shadow'a, serce bije mocno. Pojawia się i możemy zacząć podróż , o której marzy każdy kibic United. Odprawa na lotnisku mija szybko. Wsiadamy do samolotu. Nie wiem co czuję, czy to radość, czy lekka obawa. Lot mija szybko i miło. Lądujemy w Liverpoolu o ustalonej godzinie. Wita nas powiew wiatru i zapach Anglii... Idziemy kupić bilety na autobus żeby dostać się do ukochanego Manchesteru. Nawet sprawnie nam to idzie. Wychodzimy przed lotnisko, czekamy na autobus i pierwszy śmieszny moment naszej wyprawy, bo nasz środek lokomocji prawe nam ucieka. Zabieramy nasze bagaże i podbiegamy do autobusu. Teraz jesteśmy coraz bliżej naszych marzeń! Podróż jest krótka, parę chwil i stawiam stopę na ulicach Manchesteru. Co czuję? Radość w sercu i ciepło, jedno wielkie ciepło! Ruszamy na poszukiwania kolejnego środka lokomocji. Robimy jedno wielkie kółko hahaha, ale radość z bycia tu, w domu nie jest w stanie pozbawić nas dobrego humoru. W końcu trafimy na miejsce. I po raz kolejny śmiech gości na naszych twarzach .Kupujemy bilety na Metrolink- kierunek Eccles. Wybieramy kierunek... hmm i co dalej. Haha nie wiemy ile mamy zapłacić za bilet. Może coś z tym automatem nie tak. Przechodzimy do drugiego i to samo. Lekka irytacja.. ale na spokojnie jeszcze raz analizuję i już widzę co robimy nie tak, kolejna próba udana. Mamy bilety! Czekamy na coś w rodzaju rodzimego tramwaju. Wsiadamy i
oddalamy się w stronę naszego hotelu. Po drodze nagle zauważamy, że zza budynku wyłania się stadion, tak znajomy naszym oczom. Serce bije sto razy mocniej. Nie spodziewaliśmy się tego widoku już teraz, ach jak cudownie być tu znowu. Shadow ma łzy w oczach, to zrozumiałe, w końcu czekał na ten widok tak długo. Okazuje się, że droga jest bardzo prosta i bardzo szybko docieramy na miejsce. Meldujemy się szybko w hotelu. Zmęczenie podróżą daje znać o sobie. Pokój jest bardzo przytulny i mamy wszystko czego nam potrzeba. Nawet widok jest na prawdę klimatyczny, o czym będziemy mieli okazję przekonać się wieczorem. Na ten dzień nic nie zaplanowaliśmy. Odpoczywamy. Rano wstajemy wcześnie, a raczej to ja budzę Shadow'a. Mamy na dzisiaj piękne plany. Pijemy na szybko kawę. Ale cóż to kolejna wpadka haha... wstaliśmy według czasu Polskiego. Ale to moja wina, przyznaję się: to ja mówiłam, żeby nie zmieniać godziny na zegarku, a Shadow nie zrobił tego w telefonie. Wychodzimy z hotelu punktualnie, żeby na 10 być na Piccadilly Station. Docieramy na czas i czekamy na znajomych, naszych towarzyszy na mecz. Spotykamy się na stacji. Wsiadamy ponownie do Metrolink ale tym razem nasz kierunek to Old Trafford!!! Już jadąc widzimy, że otacza nas tłum, w jakim kolorze? Oczywiście że Man United Czerwonym! Docieramy pod stadion. Jakie to uczucie iść z tłumem, gdzie każdy w swoim sercu ma jeden kolor... myślę że boskie, cholernie boskie! Dochodzimy bliżej, już widać pierwsze części konstrukcji stadionu. Jest mi błogo, tak bardzo się cieszę. I jesteśmy przed samym stadionem. Co za widok, łzy w oczach, znowu mogę patrzeć na ten napis emanujący czerwienią i zieleń szkła, znowu mogę poczuć to co czułam wtedy... kiedy byłam tutaj pierwszy raz. Postanawiamy nie czekać dłużej tylko wejść na stadion. Idziemy na swój sektor. Chwilę szukamy naszych miejsc. Wchodzę po schodach i wiem, że jeszcze tylko chwila. Jesteśmy... Czerwień zalewa moje serce... Siadamy... Shadow mówi do mnie "uszczypnij mnie". Z przyjemnością to robię ;) Widzę że nie może uwierzyć, że sen się spełnił. Mamy miejsca na East Stand i naprawdę rewelacyjny widok!

Z niecierpliwością czekamy na zawodników. Wreszcie są, wybiegają na murawę, czas na rozgrzewkę . Tak bardzo tęskniłam za tym widokiem. Cały stadion wita nasze Diabły oklaskami. Kilka minut rozgrzewki i stadion zaczyna zapełniać się po same brzegi. I nadszedł ten moment, zawodnicy wychodzą na murawę, pierwszy gwizdek zaczyna się spektakl a my jesteśmy jego częścią.. Mecz mija tak szybko, że aż chciałoby się zatrzymać czas w miejscu. Przegraliśmy... to boli. Po raz pierwszy doznałam takiego uczucia. Byłam z nimi sercem przez cały mecz, ale nie udało się. Bardzo boli. Widzę, że Shadow też posmutniał. Jego pierwszy mecz i porażka. No cóż piękno piłki polega także na przegrywaniu. Ludzie opuszczają stadion. A my stoimy nadal. Wieczór spędzamy milutko w pubach Manchesteru.

Budzimy się rano, znowu musimy wcześnie wstać by być na czas. Tym razem zwiedzamy stadion. Na miejscu jesteśmy na 4 minuty przed zwiedzaniem. Droga do rozpoczęcia naszego tourne jest tak zawiła, aż sami Anglicy się gubią ;). Teraz na spokojnie możemy się nacieszyć stadionem. Panuje tam cisza i to jest naprawdę piękne. Czuję, że kocham to miejsce! W ciągu godziny zwiedzamy stadion, szatnię zawodników i tunelu monachijski, który jest nowym elementem dla zwiedzających i bardzo namacalnie oddaje klimat tamtego zdarzenia. Idziemy do Bishop Blaize. Jest tak przyjemnie, miło i czujemy się jak u siebie. Po małym posiłku wracamy na stadion i do muzeum, które zawsze robi ogromne wrażenie. To kawałek piękniej historii. Znowu zatrzymuję się w sali poświęconej Lidze Mistrzów, znowu mam łzy w oczach oglądając to zwycięstwo... Niestety musimy po raz kolejny pożegnać ukochany stadion. Czuję że moje serce krzyczy, dlaczego znowu mam powiedzieć "do widzenia". Tak tego nie chcę... Jestem wściekła, nie chcę , nie potrafię... Dobrze, że jest ze mną Shadow bo przekonuje mnie że powinniśmy iść ;) Znowu trafiamy do tak znanego nam dobrze Bishop Blaize. Ta atmosfera, kibice dopingujący Wigan, pyszne jedzenie i genialne drinki .... Wracamy jeszcze na chwilę pod stadiom. Ależ on ma moc przyciągania... Czuje ból... tym razem wiem że muszę go zostawić na wiele godzin, dni i miesięcy. Kocham to miejsce i dlatego tak bardzo tego nie chce. Tupie nogą... ale odchodzę. Wracamy do hotelu. Czwartego dnia czas wracać. Pakujemy się i punktualnie jesteśmy na przystanku. Ostatni widok na Old Trafford z Metrolink... koniec nie ma już naszego stadionu! Bez problemu trafiamy na miejsce odjazdu autobusu, nie wiem czemu ale dobrze pamiętam tą drogę z mojego pierwszego wyjazdu. Jaki żal opuszczać to miejsce. Docieramy na lotnisko. Podczas lotu czas na przemyślenia i chwilę zadumy… To niestety koniec naszej przygody z United, ale tylko na ten moment. Pojedziemy jeszcze nie raz, a United zawsze nosimy w swoim sercu, a więc "Take me home United road to the place I belong to OT to see United."... życzę aby i Wam się spełnił ten sen : )

Relację przygotowała Angel.



dodany: 2012-03-14 05:50:00 , przez: admin