Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

1.04.2008 AS Roma vs Manchester United

Widzów około 80 000 (w tym około 3000 Red Army)... Ech, co to był za wyjazd! Jeszcze nigdy nie było takiego zamieszania i komplikacji jak podczas planowanego od pewnego czasu wyjazdu do Rzymu. Nawet w czasach kiedy na mecze jeździłem w pojedynkę nie miałem takich zwrotów sytuacji. Najważniejsze w końcowym efekcie wszystko wyszło rewelacyjnie! :)


Od początku. Wyjazd był już zapięty na ostatni guzik i mieliśmy jechać moim autemw składzie: Ja, Prezes, Seki i mój kumpel Grzegorz (chyba powoli fanatyk United, byliśmy razem w Lyon'ie). W niedziele wieczorem (następnego dnia ranowyjazd) sprawdzałem coś w necie i szykowałem sobie wszystkie "papiery" potrzebne na wyjazd. No i nagle zorientowałem się, że źle zarezerwowałem nocleg! Mieliśmy być w Rzymie w dniu meczu a na rezerwacji hotelowej mam datę przyjazdu 31 marca. Normalnie szok i nie potrafiłem sobie wytłumaczyć jak mogłem sie tak pomylić. No cóż trudno za błędy się płaci i musiałem ponieść tego konsekwencje. Szybka konsultacja przez Skype z recepcja hotelu w którym mieliśmy być i udało się zaklepać nocleg na kolejny dzień, ale na oddanie kasy za pierwsza rezerwacje był już za późno (nawaliłem na maxa i 100 euro w plecy!). Po rozmowie z chłopakami stwierdziliśmy, że skoro mamy już nocleg na dzień wcześniejszy to nie ma co czekać tylko trzeba jechać natychmiast, bo przynajmniej wyśpimy się przed meczem po długiej podróży autem. Około godziny 21szej już prawie byłem gotowy do wyjazdu po chłopaków w umówione miejsca, aż tu nagle dzwoni do mnie Prezes i mówi: "problemów ciąg dalszy, nie mogę jechać ponieważ cofnęli mi urlop i muszę iść w poniedziałek do pracy". No to dopiero klops. Od razu z Sekim zaczęliśmy zastanawiać się nad tym czy jest sens jechać we trzech (bo koszty znacznie większe i bez Prezesa to nie ten sam komfort). W międzyczasie sprawdziliśmy kogo można by zabrać na 4tego ale nikogo w tak krótkim czasie nie dało się zwerbować no i podjęliśmy decyzję (po rozważeniu za i przeciw), że jednak nie jedziemy! Byłem konkretnie wkurzony. Całą noc nie spałem i rano po 5tej kiedy wstałem na nogi jeszcze raz zacząłem analizować sytuacje. Zdałem sobie sprawę, że nie jedziemy też a może głównie przeze mnie i że to ja muszę podjąć decyzję "JEDZIEMY!". Zadzwoniłem do Sekiego i Grzegorza, no i chłopaki z zadowoleniem przyjęli propozycje wyjazdu w 3 osoby.

Po godzinie 9tej byłem już w aucie gotowy do jazdy. O 10tej zabrałem Grzegorza, a w Cieszynie zawitaliśmy około 13:30. Starałem się namówić na wyjazd ojca Sekiego, ale nie chciało mu się jechać w tak daleką podróż. Po godzinie wyjechaliśmy z Cieszyna i dalej w 3ke w dobrych humorach podążaliśmy do Rzymu. Po całonocnej jeździe na zmiany po godzinie 7mej dotarliśmy na przedmieścia Rzymu. Długo zajęło nam przedostanie się do centrum (cholerne korki, ale i tak mieliśmy farta, ze udało się wjechać na dobre drogi) i znalezienie uliczki z hotelem, jednak w końcu koło 10tej udało nam się go zlokalizować. Po zaparkowaniu auta w garażach i szybkim odświeżeniu się około 12tej byliśmy gotowi do wyjścia w poszukiwania hotelu w którym mieliśmy do odebrania bilety. Szybko zlokalizowaliśmy Jolly Hotel VV ale tam nieoczekiwanie zastaliśmy problemy. Okazało się, że Angole nie chcieli znaleźć koperty z moim nazwiskiem w którym był dla mnie bilet, ponieważ nie mieliśmy voucherów które były potwierdzeniem otrzymania biletów drogą losowanie (nie było na to szans by przez pocztę polską doszły na czas w parę dni...). Szybki kontakt z Prezesem który poprosił o pomoc swojego kumpla z Wysp, który opłacał nasze bilety. ÓW Anglik wytłumaczył wydającym bilety, że muszą być dla nas wejściówki i faktycznie znalazła się koperta na moje nazwisko! Seki odebrał bilet który był na Victora choć też były z tym problemy (do wszystkich jadących w przyszłości na mecz; TRZEBA ZABIERAC ZE SOBA MEMBERSHIP CARD!) Niestety nie chcieli Nam wydać biletu Prezesa, bo nie mieliśmy ksero jego paszportu, no i brakowało nam biletu dla Grzegorza! No ale tu po raz kolejny "Prezes" uratował sytuację i skontaktował się z kumplem który miał do odsprzedania jeden bilet. Po szybkiej jeździe taxi dotarliśmy na plac gdzie mieliśmy bilet do odebrania. W końcu odetchnęliśmy z ulgą i mogliśmy się powoli kierować w stronę Stadio Olimpico. W międzyczasie zwiedziliśmy trochę centrum Rzymu i tylko szkoda, ze nie było czasu na zobaczenia Watykanu. No ale najważniejszy był w końcu mecz i pod stadionem byliśmy na godzinę przed pierwszym gwizdkiem. Pod stadionem przejęła nas włoska policja i zgodnie stwierdziliśmy, że zrobili to strasznie "przypałowo". Samo wejście na stadion bez problemów i zajęliśmy miejsca na dole sektora dość blisko pleksi oddzielającej nasz sektor od fanów Romy. Fani Romy przed rozpoczęciem meczu byli bardzo głośni ale w trakcie meczu okazało się, że dużo im brakuje do Red Army United. Doping dla Diabłów był wręcz rewelacyjny, a Viva Ronaldo śpiewane przez kilkanaście minut bez przerw robiło ogromne wrażenie. Bramka dla United całkiem odebrała chęci do dopingu kibicom Romy, którzy zajęli się bardziej rzucaniem na monety i wszystko co było pod ręką (Red Army jak zawsze podłapało tą "zabawę" i przedmioty latały w jedną i drugą stronę). Dopiero po kilku minutach drugiej połowy Red Army wróciło do swojego mocnego dopingu, zwłaszcza że Roma mocno nas przycisnęła. Druga bramka dla UNITED definitywnie odebrała chęci kibicom i piłkarzom Romy, a My powoli szykowaliśmy się do świętowania wygranej. Pod koniec meczu najzagorzalsi tifosi Romy pokazali klasę przypominając o sobie dość dobrym dopingiem, ale tego dnia nie byli już wstanie skutecznie zagłuszyć Armie Czerwonych Diabłów.

Radość po końcowym gwizdu była uzasadniona i nawet prawie 1,5 godzinne czekanie na sektorze nie mogło nam zepsuć humorów. Kiedy wypuszczono nas ze stadionu wsiedliśmy do podstawionych darmowych autokarów, które zawiozły nas pod główną stację Termini. 10 minut spaceru i byliśmy w swoim hotelu. Szybki browar (tekstem wyjazdu było stwierdzenie Sekiego "nawet pielgrzymi z Polski do Watykanu, nie piją tak mało jak My podczas tego wyjazdu" :D) i cholernie zmęczeni poszliśmy spać. Rano po śniadaniu w hotelu wyruszyliśmy w podróż powrotną. Po 16tu godzinach jazdy (po drodze zaliczyliśmy gradobicie z ulewą) byliśmy około 3ciej w nocy pod domem Sekiego i po pożegnaniu się ruszyliśmy z Grzegorzem przez Polskę do domów. Ja dotarłem do domu około 9tej po prawie 24 godzinach jazdy autem!

Pomimo perypetii i zamieszania wyjazd trzeba zaliczyć do bardzo udanych i był chyba jednym z najlepszych w mojej historii. W takim składzie osobowym można spędzić nawet 50 godzin żeby tylko zobaczyć UNITED i poczuć atmosfery wyjazdu razem z Red Army.

Dziękuję Sekiemu i Grzegorzowi świetnie spędzony wspólnie czas i cieszę się bardzo, że udało się nam wspólnie pokonać przeciwności losu. Największe i specjalne podziękowania należą się Prezesowi, bez którego ten wyjazd nie doszedłby raczej do skutku i tylko szkoda, że nie udało sie pojechać razem.

RED ARMY from POLAND!

Relację przygotował EricRyan.



dodany: 2012-03-14 05:55:00 , przez: admin