Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

23.04.2008 FC Barcelona vs Manchester United

Jeśli miałbym porównać ten wyjazd (nie mówię o meczach na OT) z innymi to tylko finał LM w 99 ten przebija. Przede wszystkim stadion, chociaż "is never full until there play Man Utd". Jak wiecie na meczu było 98 tys., z czego oficjalnie 4800 Red Army. Po meczu okazało się, że było nas pewnie ponad 10 tys. bo po meczu jak zwykle zostaliśmy przytrzymani na sektorze a nasi z sektorów Barçy częściowo z nami zostali i darli gardła razem z nami. Po drugie samo miasto i pogoda towarzysząca wyjazdowi (tylko w Republic of Mancunia jest cieplej w dniu meczu). Rambla i Olympic Beach opanowana w dniu meczu całkowicie. Wszyscy z browarami przed knajpami ze śpiewem na ustach.


Ale do rzeczy. Po wielu chwilach niepewności związanych z organizacją biletów (kibice z wysp, którzy zazwyczaj mi pomagają tym razem rozłożyli ręce mówiąc, że nawet ich bliscy znajomi jadą bez i biletów albo rezygnują z wyjazdu), zdecydowaliśmy się pojechać prawie w ciemno (miałem zaklepany tylko jeden bilet na sektor Barçy dla Maćka). Pierwszy postój na śniadanko w CZ. Jajecznica i oczywiście obowiązkowy Pilsner. Na lotnisku w Brnie znowu browary. Krusovice rules! Już było ciepło Na szczęście za chwilę byliśmy już na pokładzie i postanowiłem zregenerować siły puszką... Bavari. Lądowanie w Gironie. Ledwo wysiadłem z samolotu i... dostałem eske ze mam już następny bilet. Więc długo sie nie zastanawiając, kompletnie zrelaksowany w autokarze wiozącym nas do stolicy Katalonii zrobiłem kolejne 2 sztuki browca. Hotel wypas. Babka z recepcji prawie nas błagała żebyśmy po meczu byli cicho bo prawie wszystkie pokoje zajęli nasi i poprzedniej nocy było zbyt głośno.

Pub BAYO pod stadionem. Tak się zapełnił, że w pewnym momencie nasi stali już na całym pasie ulicy zdecydowanie utrudniając przejazd miejscowym. Rozgrzewka gardeł na całego. Nikt nie opylał. Szczególnie gdy w stronę stadionu jechały autokary z Red Army prosto z lotniska. Oni walili w szyby autokarów a my darliśmy się w ich stronę. Przebojem była przyśpiewka "oh Risse, I wanna know how you scored that goal" Lanie z chłopa na całego. "Viva John O'Shea" też było śmieszne. Jako,że do meczu zostało jakoś 30min postanowiłem ruszyć na stadion. Aż mnie ciarki brały jak szedłem w koszulce CANTONA'66 i co chwile z tyły słyszałem grupy Red Army drące sie w moją stronę "What a frien we have in Jesus ....". Oczywiście nie byłem dłużny krzycząc "and his name is Cantona".
Sektor United.

Lokalizacja na koronie stadionu. Do oglądania super jednak byliśmy zbyt bardzo rozciągnięci i w trakcie meczu tylko dzięki "Viva Roanaldo" mogliśmy się zjednoczyć. Inna sprawa, że słoneczko niektórym z a bardzo przygrzało i nie bardzo byli w stanie coś z siebie wykrzesać, tym bardziej że mecz z minuty na minutę w naszym wykonaniu nie wyglądał zbyt ciekawie (przynajmniej ja to tak widziałem z tamtej perspektywy), a piwo w puszkach było bez ograniczeń. Po meczu tradycyjne naśmiewanie sie z dowolnie wybranej strony. Tym razem z prawej, która najbardziej opylała podczas meczu (chociaż oni pewnie tak myśleli o naszej lewej stronie). Po meczu nie schodziliśmy po cholernie długich i stromych schodach tylko puścili nas tyralierą po ogromnym tunelu ewakuacyjnym. Tam dopiero usłyszałem naszą całą siłę. Echo podobno było słychać w dość dużej odległości. Po meczu kolacja na RAMBLA. Litrowe browce i paella "cause United are going to Moscow".

Reszta wyjazdu typowo turystyczna. Nie ma o czym pisać :)

UNITED WE STAND

Relację przygotował Prezes MUSC PL.



dodany: 2012-03-14 06:00:00 , przez: admin