Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

5.11.2008 Celtic Glasgow vs Manchester United

Od lat czekałem, żeby pojechać na Celtic Park razem z Red Army. Już podczas Zlotu w Sulejowie rozmawialiśmy z Viktorem i Pawlo o wyprawie do Glasgow. Byliśmy prawie pewni, że nic z naszych planów nie wyjdzie, bo procedura i termin losowania zniechęciła nas do zabukowania lotu.

 

Jednak Wojtek ''Prezes" wrzucił nas do losowania i szczęśliwym trafem wejściówki przypadły mnie, Viktorowi i
Prezesowi. Prezes już wcześniej obiecał Pawlo (który aktualnie mieszka w Szkocji), że załatwi mu bilet, a że nie mógł się wybrać, to odstąpił mu swój. Kiedy problem z odebraniem biletu został rozwiązany, (Mike - kumpel Prezesa, odebrał nasze bilety w klubie) zabukowaliśmy z Viktorem bilety lotnicze. Od początku mieliśmy małe obawy, czy ''wyrobimy się" na stadion na czas, bo mieliśmy tylko 4 godziny, a musieliśmy się przemieścić z Edynburga pod Celtic Park. Pawlo zapewniał nas, że bez problemów zdążymy dojechać do Glasgow i odebrać bilety od Mike i dalej przedostać się pod stadion.

Do Poznania, skąd mieliśmy wylot do Edynburga, wyjechałem pociągiem o 6:30 i około godziny 11:00 dojechałem do Poznania Głównego, gdzie poczekałem chwilę na Viktora i udaliśmy się na lotnisko. Dobra pogoda, a zwłaszcza przejrzystość powietrza uspokoiła nas, bo dzień wcześniej w całej Polsce były poważne problemy z lotami. Około godziny 12:00 (wylot zaplanowany był na 14:00) spokojni weszliśmy na halę odlotów i zanim sprawdziliśmy, z którego stanowiska mamy odprawę, rozpoczęto ewakuację lotniska, ponieważ znaleziono ''bezpański bagaż" i musieli go zabrać saperzy, gdyż były obawy, że może to być podłożona bomba! Początkowo nie przejmowaliśmy się tym za bardzo, bo ile to może trwać? "No maksymalnie godzinę" - pomyśleliśmy, więc powinniśmy wylecieć planowo o 14:00. Zażartowałem wtedy, że ilekroć mam duże problemu podczas wyjazdu na UNITED, to zawsze kończy się to bardzo udanie. Niestety, oczekiwanie przed portem lotniczym coraz bardziej się przedłużało. Po rozmowie telefonicznej z Prezesem zdecydowaliśmy, że Pawlo pojedzie sam do Glasgow odebrać bilety od Mike'a, a my, jeśli wylecimy przed 16:30 (później nie byłoby sensu lecieć, bo 1,5 godziny to za mało, żeby dotrzeć na stadion z Edynburga), postaramy się dotrzeć pod stadion sami. Po godzinie 13 zaczynało się robić dramatycznie, a mnie zaczęły puszczać nerwy, bo jakby tego było mało, to było dość zimno, a ja byłem mocno zagrypiony... (Viktor też nie czuł się najlepiej). Powoli zaczynaliśmy wątpić w to, że damy radę wylecieć o przyzwoitej godzinie, a Viktor już chciał się dowiadywać, jakie ma połączenie powrotne do domu! Parę minut po 14 zakończono ewakuację, NARESZCIE!!! Obsługa lotniskowa dwoiła się, żeby przyspieszyć odprawy, a przed naszym lotem musiało wylecieć jeszcze 6 samolotów. Około 15:30 samolot do Edynburga z nami na pokładzie wystartował. Na nasze szczęście lot trwał trochę krócej i o 16:30 brytyjskiego czasu byliśmy już po odprawie na lotnisku. Pawlo SMSem poinformował nas, jak mamy dostać się do Glasgow. Dobrze, że przed lotniskiem spotkaliśmy informatora od spraw komunikacji, który okazał się Polakiem, bo pokierował nas tak, żeby ominąć korki itp. Z lotniska autobusem podjechaliśmy na stację Haymarket, a dalej pociągiem do Glasgow Queen Street, a następnie metrem w okolice Celtic Park. W metrze nareszcie poczuliśmy atmosferę meczu, bo było ono pełne kibiców Celticu i UNITED. Pozostało nam tylko kilkanaście minut spaceru i byliśmy pod stadionem. W trakcie szukania wejścia dla fanów UNITED miałem ''małe spięcie słowne'' z panią policjantką ale po wyjaśnieniu problemu dotarliśmy pod UNITED gate, gdzie czekał na nas Pawlo z biletami. Szybki browar i wchodziliśmy na stadion, bo do meczu pozostało kilkanaście minut.

Na sektorze był już prawie komplet Red Army i od razu dało się odczuć, że jest to wyjątkowy mecz, bo doping na maxa dla UNITED był słyszalny dużo przed rozpoczęciem spotkania. Kiedy piłkarze obu drużyn wyszli na boisko, to na trybunach zawrzało, a fani Celticu zaprezentowali małe flagi sektorowe i kartoniadę w kształcie pucharu Champions League w jednym z rogów stadionu. Początek pierwszej i drugiej połowy to tradycyjnie śpiewany przez fanów Celticu hymn, co razem z trzymanymi szalami w górze dało niesamowity efekt. Jednak w trakcie meczu fani Celticu trochę rozczarowywali; zaśpiewaliśmy im ''Where's your famous, Where's your famous, Where's your famous atmosphere?'', Tylko trybuny kibiców Celticu za obiema bramkami ''żyły meczem''. Red Army przez cały czas dawała czadu na maxa i nawet nieoczekiwanie stracona bramka w 13 minucie nie zmniejszyła naszego impetu. W drugiej połowie wraz z coraz większą przewagą UNITED, na trybunach robiło się coraz bardziej gorąco, a przyśpiewki były coraz bardziej kąśliwe - np. ''We hate Celtic, and Rangers too'', czy ''Fuck the Pope and the IRA''. Fani Celticu nie pozostawali dłużni. Broniący się całą drużyną piłkarze Celticu i nieporadność Diabłów w sytuacjach strzeleckich - coraz bardziej nas irytowała, więc zaczynaliśmy się obawiać, że nic już się nie zmieni do końca meczu. Dobrze, że zmiany, jakie FERGIE wprowadził,
poprawiły obraz gry, bo bramka dla RED DEVILS wisiała na włosku. W 82 minucie wszyscy Fani Celticu wstali z miejsc i na cały stadion zaśpiewali swoje ''Let the people sing''. Trzeba przyznać, że zrobiło to na nas duże wrażenie, ale nasi piłkarze skutecznie ich uciszyli , bo po 2 minutach Ronaldo huknął z dystansu tak kąśliwie, ze Boruc ratował się, obijając piłkę przed siebie, a nasz weteran RYAN dołożył głowę i mieliśmy długo oczekiwany remis. Szał radości zapanował na sektorze Red Army, ale nam było cały czas mało i zagrzewaliśmy UNITED ''Attack, attack, attack ''. Już w doliczonym czasie BERBA miał wyśmienitą okazję, jednak spudłował ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu. Sędzia skończył, a Diabły skierowały się pod nasz sektor, dziękując nam za doping. Zauważyłem, jak FERGIE machał do piłkarzy, że muszą podejść pod nasz sektor, ale myślę, że w tym dniu bez jego zachęceń zrobiliby to bez zawahania. Śpiewów nie było końca, aż do momentu, kiedy wypuszczono nas ze stadionu. Po wyjściu udaliśmy się w umówione miejsce z kumplem Pawlo, który miał nas zawieźć autem na lotnisko do Edynburga. Tam byliśmy około godziny 1 w nocy czyli 5 godzin przed planowanym odlotem do Wrocławia. Droga powrotna minęła nam zgodnie z planem, a w domu byłem około godz 14. Cała wyprawa trwała dla mnie 32 godziny.

Wyjazd muszę podsumować jako bardzo udany, bo atmosfera podczas meczu była wyjątkowa, a dodatkowe emocje w trakcie podróży do Szkocji dodały mu jeszcze większego smaku!

Na koniec dziękuję Prezesowi i Pawlo za pomoc w zorganizowaniu wyjazdu, a Viktorowi za wspólną podróż.

We All Follow Man United!

Relację przygotował EricRyan.



dodany: 2012-03-14 06:20:00 , przez: admin