Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

8.02.2009 West Ham United vs Manchester United

Pomysł wyjazdu na mecz ligowy poza OT dojrzewał w nas od dawna. Liczyliśmy się z tym, że zdobycie biletów na ten mecz nie będzie łatwe, a może i niewykonalne. Jednak nawet to nie było w stanie zniechęcić nas do zobaczenia meczu na wyjeździe i wspieranie United. Ekipa w składzie: ja (Angel), Seki, Viktor, Leslav i Fred The Red postanowiła podjąć duże ryzyko i zrealizować swoje marzenia...

 

06.02.09, Piątek
Piątek to początek naszej podróży. Spotkaliśmy się na lotnisku w Pyrzowicach, skąd o godz. 6.00 mieliśmy zaplanowany wylot na lotnisko Luton w Londynie. Chłopcy dojechali na lotnisko około 3 rano, a ja dojechałam do nich po 4. Na lotnisku czekała nas niemiła wiadomość. Odwołano nam lot, ze względu na nie przygotowanie do przyjmowania lotów ze strony lotniska w Anglii. Nie mogliśmy w to uwierzyć, że mamy takiego pecha. Stojąc w kolejce w celu przebukowania biletu, dowiedzieliśmy się, że na następny lot planowany na godzinę 11.30, są wolne tylko 2 miejsca. Byliśmy za daleko, żeby myśleć o tym, że możemy się załapać na te miejsca, tym bardziej, że nie chcieliśmy lecieć osobno. Zastanawialiśmy się jak dalej będzie wyglądała nasza podróż. Uznaliśmy, że lecimy z tego miasta gdzie będą wolne miejsca w samolocie. Kiedy przyszła nasza kolej, dowiedzieliśmy się że jest 5 miejsc na lot z Warszawy. Ucieszyliśmy się i poprosiliśmy o przebukowanie właśnie na ten lot. W trakcie tej czynności Pani uprzejmie nas poinformowała, że niestety, ale ktoś właśnie zabukował jedno miejsce i pozostały tylko 4. Kolejne rozczarowanie... Okazało się, że miejsca są dopiero na lot w niedzielę o 6 rano. Dopełniliśmy formalności i postanowiliśmy usiąść i na spokojnie obgadać sytuację. Byliśmy rozbici i nie wiedzieliśmy, co robić. Wizja nie zobaczenia United kotłowała nam się w głowach. Obawialiśmy się, że samolot, ze względu na złe warunki w Anglii, spowodowane opadami śniegu, nie dotrze na lotnisko także i w niedzielę. Braliśmy pod uwagę 3 wyjścia z całej sytuacji: samolot w niedzielę, autokar lub auto Sekiego. Samolot mieliśmy przebukowany, dlatego tą możliwość zostawiliśmy na końcu. Wiedzieliśmy, że do Anglii możemy się dostać autokarem. Zorientowaliśmy się jak ta kwestia wygląda, ceny, godziny odjazdów itd. To była opcja, nad którą zastanawialiśmy się najdłużej i ustaliliśmy że jeśli tylko będą wolne miejsca to jedziemy autokarem. Ostatnia opcja to auto Sekiego, jednak uznaliśmy że brak opon zimowych i lewostronny ruch dyskwalifikują tą możliwość już na samym starcie.

Po wszelkich ustaleniach ja i Viktor zrezygnowaliśmy z autokaru ze względu na ponad 20 godzinna podróż i fakt braku wolnego dnia we wtorek. Musieliśmy się stawić do pracy.. Tak, więc koło godziny 9.30 Ja i Viktor wróciliśmy do domu z wielkimi nadziejami, że jednak polecimy w niedzielę, a reszta ekipa pojechała do Katowic. Po odwiedzeniu biur podróży reszta ekipy uznała, że sprzedadzą funty i zapłacą za autokar. I tak w godzinach popołudniowych chłopcy wyruszyli do Anglii. Czekała ich daleka podróż, ale z pięknym celem dotarcia na mecz nic nie było w stanie popsuć im humorów. Jedyne, co ich martwiło to fakt, jak my dotrzemy na mecz. Po powrocie do domu byliśmy z Viktorem rozczarowani i zasmuceni. Przyznam, że nie raz przyszło mi na myśl: "Czy tak ma się dla mnie skończyć ten wyjazd?, Nie zobaczę ich?" Rozgoryczenie było ogromne.


7.02.09, Sobota
Od samego rana siedzieliśmy przy komputerze sprawdzając jak wyglądają prognozy pogodowe w Anglii. Chłopcy w tym czasie bezproblemowo dotarli do Anglii, mając przy sobie tylko kilka funtów. Nocleg załatwili sobie bardzo sprytnie i tanio, bo przenocowali u kolegi Freda zastanawiali się co zrobią jeśli nam nie uda się dotrzeć na mecz, co mają zrobić z biletami. W tym dniu odebrali też nasze bilety od koleżanki, które je dla nas miała. Muszę tutaj wspomnieć, że bilety kupiliśmy przez stronę internetową. Cena była wprost kosmiczna, ale zdecydowaliśmy, że chcemy mieć spokojną głowę, chociaż w tej kwestii. Po opłaceniu dostarczono nam bilety na 2 dni przed wyjazdem do Anglii. Chłopcy odebrali nam bilety i okazało się, że nasz pech związany z tym wyjazdem wcale się nie skończył. Nie były to bilety na trybunę United, a karnety sezonowe kibiców WHU. Do biletów dołączono nam karteczkę z przeprosinami, że w związku z niemożliwością zakupu biletów na sektory United, zgodnie z regulaminem dostajemy te oto karnety. Ciężko było nam pogodzić się z tym, że wydając ogromną kwotę za te bilety (osobiście był to mój najdroższy bilet na mecz) nie dostaliśmy dokładnie tego, co zamówiliśmy. W między czasie, ja i Viktor przygotowywaliśmy się do podjęcia kolejnej próby wylotu do Anglii. Musieliśmy nieco zmienić plany, więc nie obyło się, się bez drukowania nowych mapek. Zadzwoniłam też na lotnisko tego dnia żeby dowiedzieć się czy dwa loty zaplanowane na ten dzień odbyły się. Udzielono mi informacji, że owszem loty odbyły się bezproblemowo. Dowiedzieliśmy się też, że lotnisko w Luton już działa. Byliśmy pełni nadziei, że tym razem uda nam się wylecieć bez problemów.

 8.02.09, Niedziela
Już o 3 rano spotkałam się z Viktorem na lotnisku. Emocje były ogromne. Nie wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać. W Katowicach pogoda była super. Żadnej porannej mgły, w Londynie też nie zapowiadano żadnych złych warunków atmosferycznych. Odprawiliśmy się o czasie. Kiedy już siedzieliśmy w sali odlotów na ekranie monitora pojawiła się wiadomość że Lot do Londyn Luton, z godziny 11.30 jest odwołany. Serce nam zamarło, wiedzieliśmy, że to oznaczać może tylko jedno, iż nasz lot też może się nie odbyć. Przy każdym komunikacie zamieraliśmy w niepewności czy wiadomości dotyczą naszego lotu.


Zdawaliśmy sobie świetnie sprawę z tego, że wylecimy teraz albo możemy pożegnać się z zobaczeniem meczu. Z minuty na minutę robiło się coraz bardziej nerwowo. Koło godziny 5.40 Rozpoczęło się wchodzenie na pokład samolotu. Dopiero w momencie oderwania się samolotu od podłoża poczuliśmy niejaką ulgę. Podróż minęła nam szybko, no może pomijając nasze zmęczenie i "koncert" maluchów, których mieliśmy kilka na pokładzie i lot nie bardzo przypadł im do gustu. Na lotnisku w Luton wylądowaliśmy o czasie, czyli 7.30. Nie jestem w stanie opisać, co wtedy czułam. Chyba jeszcze nigdy nie cieszyłam, się aż tak bardzo, że dotarłam w miejsce przeznaczenia. Całe dwa dni niepewności poszły w niepamięć i z wielkimi uśmiechami w serduchu i na twarzy ruszyliśmy autokarem w kierunku centrum Londynu i na spotkanie z resztą ekipy. Kiedy nas zobaczyli cieszyli się tak samo jak my, że możemy mimo tylu przeciwności razem iść na mecz. Nie mieliśmy za dużo czasu, więc postanowiliśmy się posilić i ustalić, co i jak z biletami. Długo rozmawialiśmy o całym biletowym zamieszaniu. Uznaliśmy, że będziemy próbować się przedostać na sektory United. Bilety nie gwarantowały nam obejrzenia meczu w grupie, więc losowaliśmy, kto gdzie siedzi. Przyznam że perspektywa siedzenia wśród kibiców przeciwnej drużyny bardzo nam się nie spodobała i momentami odechciewało nam się iść na ten mecz. Mieliśmy daleką drogę do stadionu więc na 2h przed meczem ruszyliśmy metrem do miejsca przeznaczenie. Mieliśmy kilka przesiadek i im bliżej byliśmy stadionu tym bardziej widoczne było to że kibice jadą na mecz. Na ostatniej stacji było już duży tłok, bo ludzie zdążali na stadion. Wszędzie purpurowo-niebieskie barwy. Śmialiśmy się że musimy sobie kupić szaliki WHU, żeby nie wyróżniać się z tłumu :P W miejscu wyjścia z metra, podszedł do nas jakiś Angol i zapytał czy nie potrzebujemy biletów. Zapytaliśmy czy ma na sektor United, a on nam na to, że jeśli chcemy 5 biletów to mamy z nim iść. W tym momencie nasze rozgoryczenie i złość sięgnęły zenitu. Źli na samych siebie, że nie jechaliśmy w ciemno bez biletów była tak wielka, że chwilę szliśmy w zupełnym milczeniu. Doszliśmy szybko do stadionu i udaliśmy się do sektorów United. Oznaczenie samego stadionu było fatalne, nie wiadomo było gdzie są, jakie sektory. Żeby znaleźć nasz sektor, musieliśmy obejść cały stadion dookoła. Nasi kibice byli kontrolowani najpierw przez ochronę, a dopiero potem przechodzili do bramek. Podeszłam do kobietki z plakietką porządkowego i powiedziałam, że mamy bilety, ale na sektor WHU, a jesteśmy fanami United z Polski i czy istnieje jakaś możliwość wejścia na te bilety co mamy. Kobietka pokręciła głową, ale kazała nam poczekać. Po chwili przyszła z innym porządkowym, który powiedział nam słynne już na tym wyjeździe "no chance". Dowiedzieliśmy się, że wszystkie 3 tyś biletów zostały wyprzedane i tym samym nie ma wolnych miejsc. Przez chwilę staliśmy ustalając, co robimy. Uznałam, że nie wiem jak oni, ale ja idę na mecz. Tak, więc ja, Viktor i Leslav poszliśmy szukać swoich sektorów, a Seki i Fred do końca postanowili walczyć o dostanie się na sektor United. Próbowali zagadywać do Angoli, załatwiać tą kwestię w biurze biletowym. Nawet, Peter Boyle powiedział im "no chance", choć sama nie wiem, jakim cudem na niego trafili pod stadionem. Po tych niepowodzeniach również weszli na mecz. W tym momencie moje emocje wzięły górę i najzwyczajniej w świecie się rozpłakałam, może to dziecinne, może nie, samo tak jakoś wyszło. Angole mijający mnie dziwne mi się przyglądali. Po paru chwilach jak już doszłam do siebie uznałam, że musimy się pospieszyć, bo do meczu zostało tylko 10'.

Znalezienie naszych miejsc okazało się nieprostym wyczynem. Jak już wspomniałam oznaczenie stadionu pozostawiało wiele do życzenia. Musiałam co chwilę zaczepiać porządkowych wokół, a potem i w środku stadionu żeby pomogli mi znaleźć nasze miejsca. Każdy miał miejsce na innej trybunie. Leslav siedział sam. Seki i Fred mimo oddzielnych miejsc poruszali się razem. Ja w Viktorem mieliśmy swoje miejsca na East Stand. Gdy weszliśmy na stadion, okazało się, że wielkością nie jest imponujący, 35 tyś widownia i duża bliskość murawy sprawiały że widowisko było, powiedziałabym kameralne. Widoczność była świetna, trybuny bardzo blisko murawy pozwalały na bliższy kontakt z zawodnikami, co dało się zauważyć w trakcie meczu, kiedy nasi zawodnicy wykonywali rzuty rożne, ochrona momentalnie pojawiała się przy barierkach. Po prawej stronie mieliśmy sektor United. Pojawiły się flagi, które jednak szybko znikały na prośbę porządkowych. O godz. 16.00 zaczynał się mecz. Znowu mogliśmy na żywo oglądać swoich ulubieńców. Nie wiem jak to wyrazić słowami, co czuje człowiek jak słyszy pieśń tak dobrze mu znaną i skierowaną do drużyny, którą kocha i nie może jej zaśpiewać. Aż serce nas bolało, że nie możemy wspierać zawodników tak jak na kibica przystało. Chłopaki nie ubrali barw, bo to było za ryzykowne, podobnie nie braliśmy ze sobą flagi musc, bo bałam, się że mi ją odbiorą jak będę ją mieć w placku (który mi zresztą sprawdzali). Trochę mi się śmiać chce jak pomyślę o tym, że na naszej trybunie prawie wszyscy w barwach, albo szarych kolorach ja w czerwonej kurtce :P Zupełnie przypadkowo łamałam zasady :P Na dodatek już po paru minutach uznałam, że kobiecie to pewnie nic złego nie zrobią i śpiewałam z naszymi kibicami wszystkie pieśni. Nie robiłam tego głośno, bo raczej bym z tego bez szwanku nie wyszła, ale nie na tyle cicho żeby mój sąsiad nie zaczął mi przyglądać się. A potem i jego sąsiad również. Wiedziałam, że ryzykuję, ale na szczęście było spokojnie. Kiedy Giggs w piękny stylu zdobył gola, po raz pierwszy musieliśmy w sobie stłumić radość. Myślę, że nasi sąsiedzi wiedzieli ten uśmiech i nasze poszturchiwania. Ale za to na sektor United patrzeliśmy z łzami w oczach. Ehh nie mogliśmy cieszyć się i skakać tak jak oni, ale liczyło się w tym momencie to, że wygrywaliśmy na arenie wroga. W tym czasie Seki i Fred chodzili po całym stadionie, z sektora na sektor próbując przedostać się na ten "właściwy”. Niestety nie skończyło się to dla nich jak i dla nas za dobrze... ale o tym za chwilę. Po 90' trzeba było pożegnać się z zawodnikami. To wręcz niepojęte jak szybko minął nam ten czas. Z jednej strony chcieliśmy żeby ten mecz trwał i trwał. Chyba nigdy nie zdołam nacieszyć się ich widokiem. Na dodatek wywieźliśmy 3 pkt. Wygranej na meczu, na którym się jest nie można porównać do tej, która jest jeśli mecz ogląda się w TV, pewnie dlatego że jest się częścią całego spektaklu. Poczekaliśmy aż kibice opuszczą stadion, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. Wyszyliśmy ze stadionu i poszliśmy w umówione miejsce. Pierwszy pojawił się Leslav, ale długo nie pojawiał się Seki i Fred. W końcu sami ich znaleźliśmy. Niestety czekała nas kolejna porażka. Okazało się że nie dość że chłopaki nie obejrzeli do końca meczu, bo zostali wyprowadzeniu ze stadionu przez porządkowych, to na dodatek zostały im odebrane karnety, które powinny zostać zwrócone po meczu ich właścicielom. Przyznam, że mieliśmy już wszyscy serdecznie dość tego wyjazdu. Radość z wygranej i kolejnego meczu na żywo prysła jak mydlana bańka. Dobre kilka minut zastanawialiśmy się jak rozwiązać ten problem. Udaliśmy się do stacji metra, dyskutując, co dalej. Jak tak kwestia się rozwiąże, czas pokaże, ale w tamtym momencie mieliśmy już za dużo wrażeń. Powrót, tak jak zresztą myślałam, nie było taki bajkowy. Cały stadion opustoszał w kilkanaście minut, więc 35 tyś ludzi musiało się dostać do domu. Londyńczycy bardzo dobrze rozwiązali problem. Wejście do metra zostało dokładnie obstawione metalowymi barierkami, które ciągnęły się prawie kilometr wzdłuż stacji. Co parę metrów stał policjant, który pilnował żeby nikt nie przeskakiwał przez same barierki. Trzeba było dojść do końca i wejść za barierkę. Tym samym w świetny sposób został rozładowany tłum i w metrze jechaliśmy na spokojnie. Zmęczeni i totalnie przemoczeni dotarliśmy do kolegi Freda. Po meczu przyszedł czas na rozmowy, podsumowanie wyjazdu i piwko ( a jak w końcu za wygraną United musimy wypić) Trochę się przespaliśmy i o 4 rano musieliśmy wstać żeby wyjść na zamówioną przez nas wcześniej taksówkę, która zawiozła nas na lotnisko. Ustaliliśmy, że wszyscy razem wracamy samolotem.

 

09.02.09, Poniedziałek
Rano każdy niewyspany władował swoje torby do taksówki i mogliśmy ruszyć na lotnisko. SamOpis: http://nowa.musc.pl/editor/fckeditor/editor/gfx/dzialy/wyjazdy/whuaway/5m.jpgolot bez problemu odleciał. Całą podróż, ze względu na zmęczenie, a niektórzy ze względu na inne podłoże przespaliśmy. Na lotnisku we Wrocławiu wylądowaliśmy planowo. Chyba każdy miał poczucie, że to koniec kolejnego genialnego wyjazdu na United i trzeba wracać do rzeczywistości... Przy odbiorze bagaży, bardzo długo czekaliśmy na mój bagaż, pomyślałam sobie wtedy, że nasz pech się nigdy nie skończy.


Na szczęści mój bagaż pojawił się jako przedostatni. Szliśmy już w stronę wyjścia, kiedy porządkowi na lotnisku zatrzymali Sekiego i Fred i przeprowadzili kontrolę ich walizek. To wręcz niewyobrażalne, ale ten wyjazd był na prawdę skazany na niepowodzenie, chyba tylko nasza determinacja sprawiły, że jakoś się wszystko udało!

Autobusem dotarliśmy na dworzec kolejowy, skąd udaliśmy się prawie wszyscy, oprócz Leslava, do Katowic. W pociągu bawiliśmy się dobrze i podróż szybciutko nam minęła. Dworzec w Katowicach to nasz ostatni przystanek, bo w tym miejscu żegnamy się wszyscy i tutaj kończy się kolejna wyprawa z sercem pełnym miłości do klubu.

I tak oto staliśmy się kibicami "młotów" :P Cóż można jeszcze dodać. Wyjazd był przecudowny, mimo wielu problemów, jakie pojawiły się na naszej drodze. Pokonanie tych przeciwności świadczy tylko o tym jak wiele jesteśmy w stanie znieść, jak bardzo kochamy nasz klub i jak wiele optymizmu mamy w swoich sercach. Myślę, że ten wyjazd był doskonałym doświadczeniem dla nas jak i dla przyszłych fanów United, którzy zechcą wybrać się na ligowy mecz wyjazdowy. My przetarliśmy szlak, a wy skorzystajcie z naszych doświadczeń. UWS!

W tym miejscu musze podziękować genialnej ekipie!! Viktor z Tobą mogę iść na mecz nawet na piechotę, dzięki za całą pracę jaką włożyłeś w przygotowanie do wyjazdu! Seki bez Ciebie wyjazd nie miał by tylu barw! Leslav byłeś moją podporą kiedy już wątpiłam że może się coś udać! Fred gaduło, dzięki za towarzystwo i za całą resztę! Oby do następnej wyprawy!!!


Relację przygotowała Angel.



dodany: 2012-03-14 06:25:00 , przez: admin