Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

16.05.2009 Manchester United - Arsenal Londyn

Przywieźcie nam puchar!

Na początku kwietnia narodził się pomysł wyjazdu na mecz z Arsenalem. Wszyscy wiedzieli, że z biletami może być bardzo trudno, jednak 6 osób: Maku, Paula, Jackass, Pawlo, Adam i ja (Harcesis) nie traciliśmy wiary. Bilety oraz hostel zabukowaliśmy w ciemno i liczyliśmy na cud. Udało się! Wylosowaliśmy 4 wejściówki na mecz, Prezes załatwił jeszcze dwa bilety i było pewne... wszyscy wchodzimy na stadion!

 

15.05.09, Czwartek
Mój trip rozpocząłem już w czwartek. Wyjechałem z Łodzi o 20.58 i w Wawie byłem o 22.30. Jackass telefonicznie poprowadził mnie, jak mam dojechać do Niego do akademika i później odebrał mnie z przystanku tramwajowego. Wtedy dowiedziałem się o pierwszym „no chance” naszego wyjazdu. Jeden z biletów wylosowanych przeznaczonych dla Pauli (to był bilet na sektor junior) nie dotarł do Nas i brakuje nam jednego ticketu. Nie podłamaliśmy się jednak, bo Maku z Prezesem mieli ogarnąć list do biura biletowego na Old Trafford, żeby nam ten bilet wydrukowali na miejscu. W akademiku spotkałem się z Paulą, która już tam była i Basią - bardzo sympatyczną dziewczyną Jackassa, która dała nam możliwość przespania się u nich w pokoju (wielkie dzięki Basia). Troszkę pogadaliśmy i poszliśmy około północy spać.

15.05.09, Piątek
Obudziliśmy się po 2 godzinach, ponieważ już przed 3. musieliśmy zmierzać na lotnisko. Z pomocą Basi namierzyliśmy odpowiednie autobusy i w okolicach 4. byliśmy już na Okęciu. Na miejscu posiedzieliśmy trochę w kawiarni i wypiliśmy kawę oczekując na Maka i Adama, z którymi umówiliśmy się o 4.45. Po ich spotkaniu przeszliśmy odprawę i wylądowaliśmy na pokładzie samolotu WizzAir. Wylot 6.00 czasu warszawskiego. Lot spokojny, ja raczej drzemał, reszta podobnie. Do Liverpoolu przylecieliśmy o 7.40 czasu miejscowego. Znaliśmy już to miejsce, bo większość z nas (oprócz Adama) była w październiku 2008. na wyjeździe grupowym na Old Trafford. Szybko ogarnęliśmy bilety na autobus Terravision do Manchesteru i po kilkunastu minutach wylądowaliśmy w środku. Podróż do świątyni naszego kultu trwała trochę ponad godzinę. W Manchester na przystanku powitali nas Shad i Seki, którzy już od wtorku byli w podróży, odwiedzając mecz rezerw we wtorek i wyjazd z Red Army w środę na Wigan (był też z nimi Prezes, jednak on w czwartek wrócił do domu). Chłopaki wyraźnie wyzerowani, ale dali radę. Czułości nie było końca. Jak to dobrze spotkać znajome twarze. Po powitaniu z przewodnikami Shadowem i Sekim udaliśmy się do hotelu. Był on daleko od centrum, a dodatkowo było zamieszanie z kolejką Metrolink z powodu remontów dróg, dlatego też podróż do hotelu trwała dosyć długo. Na miejscu byliśmy około 10/11. W recepcji dowiedzieliśmy się, że pokoje będą dostępne od 13., więc mieliśmy trochę czasu dla siebie. Zostawiliśmy rzeczy w hotelu i mieliśmy zamiar udać się na Old Trafford załatwić sprawę biletu Pauli, ale jako, że Shad i Seki mieli pokój w tym samym hotelu to wylądowaliśmy u nich. Obejrzeliśmy zdjęcia z rezerw i Wigan, pośmialiśmy się, a 2. pancernych delektowało się "witaminkami". Około 13 dostaliśmy pokoje, rozlokowaliśmy się w nich (ja z Jackassem, Paula z Makiem i Adam z Pawlo, który miał
do nas dołączyć wieczorem). Troszkę odpoczęliśmy i udaliśmy się na Old Trafford z nadzieją, że uda nam się załatwić bilet i wejść na tour po stadionie, żeby porobić zdjęcia z naszą nową flagą. Na Sir Mat Busby Way byliśmy około 14.30. Niestety nasze nadzieje zostały szybko rozwiane. Pracownicy biura biletowego nie mogli nam wydrukować biletu, ponieważ nie było na miejscu osoby, która wylosowała bilet. Bardzo nas to przybiło. Humoru nie poprawił nam Shad, który dodał, że może być problem z 2 biletami od Prezesa, bo człowiek, który miał nam je dostarczyć nie odzywał się. Dodatkowo Shad i Seki, jak się okazało też nie mieli biletów i dosyć małe szanse na ich zdobycie. Shad dzwonił do jakiegoś kolegi i mieliśmy czekać na info. A nuż się uda zdobyć brakujące 3 bilety... Trochę smutni i zdezorientowani udaliśmy się do MegaStore, a Shad z Sekim mieli coś w Bishop Blaize zjeść, bo ostatnie dni żyli na konserwach i bułkach. Nie minęło 5 minut, gdy byliśmy w sklepie, a Shad z Sekim nas zawołali. Szybko wybiegliśmy na zewnątrz, a tam do chłopaków podszedł gość oferujący bilety... Człowiek bardzo miły od razu zaoferował nam 3 bilety obok siebie na East Stand w cenie 150 funtów za każdy. Długo się nie zastanawialiśmy. Każdy wyjął tyle pieniędzy ile miał i zakupiliśmy bilety. Co prawda w portfelach było bardzo pusto, ale byliśmy przeszczęśliwi, w końcu coś poszło po naszej myśli. Mieliśmy trochę wątpliwości co do oryginalności biletów, ale szybko je porównaliśmy z tymi wylosowanymi i nie było różnicy. Niedługo potem zadzwonił człowiek Prezesa, żeby umówić się na przekazanie dwóch karnetów. Było już pewne... wszyscy wchodzimy na stadion! Po zakupach w MegaStore poszliśmy do Bishop Blaize, gdzie Seki i Shad po posiłku delektowali się „double frisky bizon”. Po wejściu do BB przypomniałem sobie moją ostatnią w nim wizytę w październiku 2008, kiedy to przed meczem razem z legendarnym Petem Boylem zdarliśmy gardło. Teraz nie mogło być inaczej! Zjedliśmy coś ciepłego, a chłopaki wyzerowali zapas żubrówki z pubu serwowanej przez bardzo sympatycznego kelnera z Polski. Dołączył również do nas kolega Maka, który przyjechał do Manchesteru również na mecz. Niestety na tour stadionowy było już za późno, ponieważ po południu Old Trafford było zamknięte dla zwiedzających. Późnym popołudniem najedzeni i szczęśliwi udaliśmy się do centrum, gdzie mieliśmy spotkać się z Pawlo, który miał przyjechać z Edynburga do Manchesteru pociągiem. Trochę na Niego poczekaliśmy i po spotkaniu serdecznie się z nim powitaliśmy. Pawlo zaproponował, żebyśmy udali się do jakiegoś pubu na piwko. Sprzeciwu nie było widać. Po początkowych problemach ze znalezieniem lokalu szybko się odnaleźliśmy pubie sportowym w centrum handlowym przy stacji kolejowej Picadelly. Zamówiliśmy kilka dzbanów złotego napoju i zaczęliśmy rozmawiać jednocześnie oglądając mecz Coca-Cola Cup. Było bardzo sympatycznie, wspominaliśmy ostatnie wyjazdy... Około północy, może trochę wcześniej wyszliśmy z pubu, bo już każdy był bardzo "zmęczony". Zamówiliśmy taksówkę i pojechaliśmy do hotelu. Ja z Jackassem poszliśmy spać, a w pokoju 204, w którym gospodarzyli Paula i Maku zebrała się reszta, żeby jeszcze trochę "pogadać"... Zanim usnęliśmy podzieliśmy jeszcze bilety. Ja z Jackassem i Adamem wzięliśmy bilety od konika na East Stand. Pawlo również znalazł się na East, ale w innym miejscu, bardzo blisko sektora gości. Shad i Seki wzięli bilety od Prezesa, które były na miejsca znajdujące się nad ławkami rezerwowych. Z kolei Paula i Maku wylądowali na Stretford End - kolebce dopingu na Old Trafford. Zadanie mieli trudne - musieli zawiesić i pilnować naszej flagi...


16.05.09, Sobota

W sobotę rano każdy wstał z naładowanymi bateriami. Przecież dziś mieliśmy być świadkami koronacji mistrzów Anglii 08/09! Wystarczył tylko remis z Arsenalem. Nie docierało to do mnie... Obudziliśmy się około 8 i zeszliśmy na śniadanie. Szybko je zjedliśmy, ponieważ chcieliśmy wcześnie znaleźć się w Bishop Blaize, dopingując drużynę przed meczem razem z wypełnionym po brzegi BB. Pawlo, Shad i Seki udali się w tym czasie do centrum na umówione spotkanie z człowiekiem Prezesa.


Do Bishopa wbiliśmy około 10.30, ponieważ wcześniej zrobiliśmy mały tour po straganach i Red Starze, gdzie kupiliśmy meczowy bagde. W pubie atmosfera niesamowita. Piwo lało się strumieniami, a doping prowadził Boyle. Spotkaliśmy znajome twarze z wyjazdu na West Ham. Doping był na pełnej. Zdaje mi się, że lepszy niż w październiku. Przynajmniej w moim wypadku, ponieważ zdarłem gardło, jak nigdy. Przy przyśpiewce "We're gonna win the league", która powtórzyliśmy kilkadziesiąt razy myślałem z pub wyleci w kosmos. Olbrzymia ilość energii i wiary kibiców włożona w śpiew... takich rzeczy się nie zapomina. Dreszcze przechodziły moje ciało cały czas. Wcale nie chcieliśmy wychodzić z stamtąd, ale około 11.45 zaczęliśmy zmierzać w stronę stadionu. Spotkaliśmy jeszcze po drodze Sekiego, Shadowa i Pawla, potwierdzili, że mają bilety i wszyscy rozdzieliśmy się na wcześniej stworzone grupy meczowe. Przy bramkach na Old Trafford mieliśmy z Jackassem trochę wątpliwości czy przejdą nasze bilety, ale udało się, wszystko było ok. Przed meczem jeszcze posililiśmy się w fast foodach pod trybunami, kupiliśmy meczowy „review” i porobiliśmy sobie trochę zdjęć. Sam mecz nie należał do najciekawszych. Doping również. Ja z Jackassem i Adamem byliśmy na trybunie, na której się nie prowadzi dopingu i przeważnie siedzi. Jednak czasem coś zanuciliśmy, ponieważ niedaleko nas była inna zorganizowana grupa MUSC z jakiegoś kraju (niestety nie wiem z jakiego), którzy starali się wnieść trochę życia na East Stand. Niestety Stretford też nie dało popisu. Nie zapomnę jednak momentu, gdy schodził Tevez... Wtedy wszyscy daliśmy z siebie wszystko. Argentina, Argentita! Żegnał się z nami, jakby to był jego ostatni mecz w barwach United. Oby nie... Na samym meczu było parę stresowych momentów, kiedy to na naszą bramkę w końcówce atakowali londyńczycy i mogło się
skończyć bramką. Na szczęście udało się! Zdobyliśmy upragniony punkt zapewniający nam 18 mistrzostwo Anglii!!! Radości nie było końca. Wpadliśmy sobie z Jackassem w ramiona i cieszyliśmy się niesamowicie z obronienia trofeum. Samego momentu koronacji, wspólnych śpiewów "We are the champions" i "Simply the best" nie zapomnę do końca życia. Takich chwil się nie da zapomnieć... Podobnie jak przyśpiewki w trakcie koronacji "Are you watching Merseyside?!" Byliśmy wtedy w niebie i nie chcieliśmy się nigdzie ruszać. Długo nie opuszczaliśmy Old Trafford, wyszliśmy, jako jedni z ostatnich. Każdy chciał się nacieszyć widokiem z trybun świątyni futbolu. Szczególnie Adam, który był pierwszy raz na meczu. Kto wie, kiedy następnym razem tam się znajdziemy...? Paula z Makiem wykonali swoje zadanie perfekcyjnie. Flaga była przez cały mecz zawieszona i uwieczniona na wielu naszych zdjęciach i nawet w telewizji. Po meczu spotkaliśmy się pod The Trinity. Każdy był przeszczęśliwy. Później ogarnęliśmy jakieś hot-dogi w budkach, kupiliśmy okolicznościowe koszulki z racji 18 mistrzostwa Anglii i udaliśmy się do centrum, podobnie jak tysiące innych kibiców United. W mieście wylądowaliśmy w tym samym pubie, co dzień wcześniej. Niestety Shad i Seki byli już konkretnie wyzerowani, więc zaraz potem udali się do hotelu, gdzie musieli się dobrze zakonspirować, bo sami noclegu już nie mieli i musieli wbić do naszych pokoi, tak by nikt ich nie zauważył. Paula, Maku i Adam poszli na zakupy do galerii w tym samym centrum handlowym, w którym był nasz pub, a ja, Jackass i Pawlo pogadaliśmy przy piwku. Każdy był już bardzo zmęczony, ale wszyscy byli bardzo szczęśliwi. W pubie doszło do pewnej nieprzyjemnej sytuacji, kiedy to policja chciała zamknąć lokal z powodu zbyt głośnego zachowania niektórych fanów United, ale szybko zmienili decyzję. Po powrocie ekipy z zakupów zdecydowaliśmy się udać do hotelu.

17.05.09, Niedziela
Było już grubo po północy, kiedy większość już spała. Zostaliśmy tylko ja, Adam, Jackass i Pawlo. Paula usnęła w swoich nowiuteńkich butach w kolorze łososiowym. Piliśmy jeszcze piwko, rozmawialiśmy. Ostatecznie na placu boju pozostałem tylko ja i Adam. Stwierdziliśmy, że piwo nie może się zmarnować. Nie mieliśmy zamiaru iść już spać, ale w końcu zmogło nas po godzinie 2 w nocy. Pomimo nastawienia budzików zaspaliśmy. o 3.50 miały podjechać taksówki, a ja, Jackass i Adam, który gościnnie u nas spał wstaliśmy o 3.45. W biegu wszystko włożyliśmy do walizek i wybiegliśmy przed hotel, tak, aby nam taksówki nie uciekły. W tym czasie Pawlo, Shad i Seki smacznie spali jeszcze, ponieważ Pawlo miał pociąg około 7, a chłopaki jakoś około południa. Samej podróży do Liverpoolu nie pamiętam, byłem strasznie zniszczony poprzednią nocą, że spałem, jak zabity (podobnie w samolocie). Na lotnisku troszkę poczekaliśmy i o 8 wylecieliśmy do Polski. W Wawie byliśmy okolicach 11.30. Dosyć długo czekaliśmy na bagaż Adama, na szczęście bagaż się odnalazł. Na przystanku autobusowym pożegnaliśmy się z Jackassem, który jechał innym autobusem niż my, a sami po chwili udaliśmy się w czwórkę (Paula, Adam, Maku i ja) w okolice Dworca Centralnego. Tam też wszyscy się rozdzieliliśmy...

Tego wyjazdu nie zapomnę do końca życia. Być na koronacji mistrzów Anglii i uczestniczyć w mistrzowskiej fecie - bezcenne... Dzięki wszystkim uczestnikom tego wyjazdu. Jesteście wspaniali! Każdemu życzę takiego tripu.

„Take me home, United Uoad, to the place I belong, to Old Trafford, to see United, take me home, United Road...”


Relację przygotował Hercu.



dodany: 2012-03-14 06:40:00 , przez: admin