Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

20.09.2009 Manchester United vs Manchester City

W niedzielę 3.30 zadzwonił budzik. Wstałem kompletnie bez strachu za to z ogromnym nastawieniem na przygodę. Umyłem się, zjadłem śniadanie, 10 razy sprawdziłem czy wszystko mam i udałem się na lotnisko. Dotarłem szybko, bez korków na drogach, bez kolejki przy odbieraniu karty pokładowej. Potem niestety pani celnik ukradła mi szampon, ale pasty do zębów już nie znalazła. Dalsze formalności przeszły szybko i wsiadłem do kupy złomu, którą miałem dostać się do Loserpoolu. Nienawidzę samolotów! Szybkie wzbicie się na dużą wysokość spowodowało nagły wzrost ciśnienia, co nie było dla mnie miłym uczuciem. Turbulencje również mnie nie ominęły a gdy patrzyłem na skrzydła latające jakby były z gumy to chciałem żeby ten lot się jak najszybciej skończył. Pilot chyba odbywał praktyki, bo tak przygrzmocił o płytę lotniska, że każdy go przeklinał i nikt mu potem nie klaskał.


LOSERPOOL

Jako że bilety, na Terravision zarezerwowałem sobie wcześniej od razu udałem się na przystanek. Szybki posiłek na przystanku i po pół godziny zajechał autobus. Bilety sprawdzał Polak, kierowcą również był Polak, więc poprosiłem żeby powiedzieli mi, kiedy mam wysiąść.

REPUBLIK OF MANCUNIA
Podróż zajęła mi 42 minuty i wysiadłem, na Sackville idealnie naprzeciwko baru dla homoseksualistów o wdzięcznej nazwie "Bar abara". Przezornie zacisnąłem pośladki i zadzwoniłem do Pawlo. Chłopaki byli już na OT, więc poszedłem do hotelu odebrać rezerwacje i udałem się do parku Picadilly gdzie pojawili się po ok 15 minut. Cofnęliśmy się do hotelu bym zostawił swoje rzeczy w pokoju Dzikiego, po czym Pawlo udał się do pubu Picadilly gdzie umówił się ze znajomym, a ja z Dzikim pojechaliśmy pod OT.

OLD TRAFFORD
Kolejka do Bishop była od 10tej więc musieliśmy zrezygnować i jedynie trochę pośpiewałem na ulicy. Udaliśmy się, więc do Megastore gdzie spędziliśmy większość czasu, bo Dzikus nie mógł znaleźć odpowiedniego rozmiaru ubranek dla swoich chrześniaków, a ja jak zwykle nie mogłem się zdecydować, co tak naprawdę chcę. Niestety Pawlo się zgubił i nie daliśmy rady uderzyć do niego przed meczem, a szkoda, bo czekał z piwkami. Jak się później okazało był przy Bishop i Trafford gdzie była mega impreza. Udałem się na stadion jakieś pół godziny przed meczem. Pawlo zdołał się dodzwonić już jak stałem na trybunie więc pogadaliśmy trochę, pożegnaliśmy się (po meczu od razu biegł na pociąg a siedział w innym miejscu na stadionie) i czekałem już tylko na mecz. Przede mną siedział jakiś dziadek z babcią, po lewej mega piknik który wpadł na mecz tylko dlatego bo wyciągnęła go córka, a trochę dalej na lewo kilku ogarniętych, młodych ziomków. Po mojej prawej siedział spoko ziomek ok. 45 lat, dalej również ogarnięty typ z synem. Z przodu moje najbliższe towarzystwo dopełniał cały rząd pikników w garniturach. Gdy mecz się zaczął cały czas patrzałem na Stretford, która 15 metrów ode mnie cały czas stała, więc śpiewałem razem z nimi wszystko, co zadawali. Ziomek na prawo się ośmielił i dołączył do mnie, podobnie jak jego kumpel z synem i młodzi kolesie po lewej. Piknik tuż obok mnie bał się mnie uspokoić a dziadek się źle poczuł i koło 10. minuty babcia go wyprowadziła i nie wrócili już do końca meczu. Po golu Rooneya euforia, niestety chwilę później po błędzie Fostera i golu Barry'ego wszyscy się załamali i doping wyraźnie osłabł. W drugiej połowie po szybkiej bramce na 2-1 Fletchera znowu się ożywiło. Zaskoczyło mnie to, że oprócz Stretford pieśni zaczynała też East mocno zmotywowana bliską obecnością największego wroga, a także górne rejony North, które w większości stały. W pewnym momencie cały stadion wstał i wspólnie śpiewał 'Stand up for the champions'. Bramka Bellamy'ego uciszyła nas tylko na chwilę, bo magiczne akcje Giggsa znowu rozpaliły nas maksymalnie. Po drugiej bramce Fletchera myślałem, że nic złego nie może się już wydarzyć. Niestety Rio całkowicie zawalił i Bellamy świetnie wykorzystał sytuację sprezentowaną mu przez Anglika. Razem z Angolem siedzącym obok mnie przeklinaliśmy los i zastanawialiśmy się na głos jak można tak zawalić. Podczas gdy frajerzy z North zaczęli już powoli opuszczać stadion ja cały czas wierzyłem. Wiedziałem, że strzelimy gola, czułem to, że mój pierwszy mecz na OT nie może się tak skończyć. I stało się. Kolejne świetne podanie Giggsa i Owen dopada do piłki i strzela na 4-3 w ostatniej sekundzie meczu! Tak się cieszyliśmy, że prawie spadłem rząd niżej, lecz ostatecznie wpadłem w ramiona mojego sąsiada. Ostatni gwizdek i znowu euforia. Większość trybun zdążyła się już opróżnić a ja zostałem i zrobiłem sobie jeszcze kilka zdjęć zanim wyszedłem. Poszedłem pod pomnik Trinity gdzie ustawiłem się z Dzikim i pobiegliśmy polować na autografy. Pierwszy pokazał się Neville, później Foster z Kuszczakiem, następnie Valencia lecz niestety wszyscy udali się od razu do samochodów. Zmieniliśmy miejscówkę z Dzikiem i sukcesywnie przepychałem się łokciami przez azjatów co raz bliżej barierek. Gdy Vidic podszedł blisko nas byłem jeszcze troszkę za daleko, podobnie ominął mnie Evra i O'Shea. Gdy jednak podszedł Evans wskoczyłem jakiemuś Azjacie na plecy podając Johnowi mój bilet. Poczekałem jeszcze chwilę i zdobyłem autograf Fletchera dla mnie i dla Dzikiego. Miałbym z nim zdjęcie ale jakiś Hindus zasłonił mnie ręką… Następnie korzystając z tego że ulice już się prawie całkowicie opróżniły zrobiliśmy sobie parę fotek pod OT i przy Trinity i udaliśmy się na metrolinka. Tam w towarzystwie ok. 20 Angoli pośpiewałem sobie trochę i zakochałem się w przyśpiewce o Brownie którą chyba przez 5 minut non-stop śpiewaliśmy.

Don't wanna go home this is the best trip I've ever been on!
Udaliśmy się do hotelu gdzie w pokoju dzikiego trochę pooglądaliśmy telewizje, skróty meczów 6. kolejki i udaliśmy się na miasto trochę się przejść. Po długim spacerze uderzyliśmy znowu do hotelu tym razem do mojego pokoju. Koło 22. Dziki pożegnał się ze mną i poszedł do siebie. O 3. rano zadzwonił budzik, wykąpałem się, spakowałem, 10 razy sprawdziłem czy wszystko mam, wymeldowałem się i koło 4. rano wyszedłem na ulicę. Gdy byłem już blisko mojego przystanku trochę się zakręciłem i pytałem pijanych Anglików gdzie jest przystanek lecz większość nie ogarniała o co chodzi na szczęście jeden mi podpowiedział że tuż za rogiem jest Charlton Street i tam jest powrotny przystanek. Jakiś rudy koleś sprawdzał bilety, wbiłem do autobusu na sam przód po czym na koniec rudy powiedział do kierowcy 'pięćdziesiąt trzy' a kierowca do niego 'dobra, narazie'. Kolejna para Polaków mi się trafiła. Wysiadłem w Scouserlandzie, zjadłem sobie kanapeczkę w Subway'u, próbowałem wcisnąć komuś piwo za darmo którego nie mogłem zabrać na pokład lecz nikt nie chciał. Po odebraniu karty pokładowej udałem się na trzecie piętro, zrobiłem sobie jeszcze po drodze fotkę z pomnikiem scouse bastarda Johna Lenonna i czekałem na samolot. Droga powrotna minęła szybko, bez turbulencji, większość czasu spałem. W Gdańsku byłem koło 11, wsiadłem w samochód, a w domu od razu w kimę. Tuż po obudzeniu obliczyłem sobie ile by mi rocznie wyszło gdybym z karnetem sezonowym jeździł 4 razy w miesiącu przez cały sezon na OT i wyszło mi, że bardziej mi się opłaca wyprowadzić do Mancs. Tak więc mam kolejne marzenie które muszę zrealizować, bo odnalazłem swój dom, na Warwick Road.


Relację przygotował Artur Kwiatkowski.



dodany: 2012-03-14 07:00:00 , przez: admin