Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

10.03.2010 Manchester United vs AC Milan

One David Beckham! There\'s only one David Beckham!

Wybierając się na OT po raz pierwszy byliśmy pełni emocji i nie mogliśmy się doczekać spełniania największego marzenia. Tym razem po raz kolejny mieliśmy zawitać w „domu”, więc emocje, mimo że były jak przy każdym wyjeździe to już jednak nie takie. Kto choć raz był na OT ten dokładnie wie, o czym mowa. Stadion wypełniony po brzegi, ale jednak atmosfera pozostawia wiele do życzenia…. Ale może od początku.

Kiedy wylosowaliśmy AC Milan w dalszej fazie rozgrywek LM, pierwsza wiadomość, jaka się pojawiła we wszystkich możliwych mediach to „Beckham po 7 latach po raz pierwszy na OT”. Przyznam, że już wtedy zrobiło mi się jakoś ciepło na sercu. Kibicować tyle lat i nie widzieć takiej legendy na żywo? Mój budżet na ten rok był jednak ściśle ustalony i jakiekolwiek wyjazdy niestety odpadały. Kilka dni biłam się z myślami, bo ciągle nie dawał mi spokoju fakt, że „serce United” jak kiedyś mówiono o Beckhamie znowu zawita na murawie OT. Wystarczyła jednak jedna rozmowa z Viktorem i decyzja zapadła: Jedziemy zobaczyć na żywo Davida Beckhama!
Same przygotowania poszły nam niezwykle sprawnie. Samolot szybko zabukowany, podobnie jak i hotel. Bardzo zdziwił nas fakt, że na wyjazd zgłosiło się tak mało osób. Ostatecznie pojechaliśmy w 4 osoby. Z czego 3 wyruszały w podróż z Polski ( Angel,Viktor i Adam) a Caro miał dołączyć do nas w Manchester.

W dniu meczu stawiliśmy się na dworcu w Katowicach. Szybkie śniadanko i autobusem na lotnisko. Odprawa poszła nadzwyczaj sprawnie. Dziwnie dłużył nam się czas do samolotu. Ale jak już wsiedliśmy to po szybkich 2,5h wylądowaliśmy w Liverpool, gdzie powitała nas słoneczna pogoda. Jakaż odmiana po zimnej i mokrej Polsce. Nie mieliśmy za dużo czasu, więc od razu udaliśmy się na autobus, który miał nas odwieść do Manchester. Na lotnisku okazało się, że punkt, w którym zawsze kupujemy bilety nie ma. Viktor podszedł do dziewczyny, która sprzedaje bilety w autobusie i spytał jak wygląda sytuacja. Oczywiście nie zdziwi nikogo fakt, że okazało się, iż mamy do czynienia z Polką, która nam wszystko fajnie wytłumaczyła. Powiedziała nam, że autobusy nie kursują tak jak w rozkładzie gdyż dzisiaj jest mecz Manchester kontra Ac Milan (dziwnym zbiegiem okoliczności też się na niego wybieraliśmy) i mają totalne przeładowanie i ludzie czekają w kolejce na autobus. Wyszliśmy przed lotnisko i faktycznie od razu rzuciła nam się w oczy spora kolejka i autobus pełen ludzi. Niestety nie dostaliśmy się do pierwszego, więc musieliśmy zaczekać. W między czasie daliśmy znać ekipie w Polsce, że szczęśliwie wylądowaliśmy, jak i powiadomiliśmy Caro, jak wygląda sytuacja na lotnisku i żeby wsiadał jak najszybciej, bo nie zdąży na mecz. Jakimś cudem udało nam się dostać do drugiego, busa i zmierzaliśmy już w stronę ukochanego Manchester.

Gdy przybyliśmy na miejsce, Viktor wyciągnął małą mapkę i udaliśmy się na poszukiwania naszego hotelu. Byliśmy lekko poirytowani, bo krążyliśmy wokół pewnego terenu i nie mogliśmy zlokalizować naszego noclegu. Zaczepialiśmy ludzi, ale kompletnie nie orientowali się gdzie może znajdować się ten hotel. Kiedy już kolejny raz szliśmy tą samą drogą, zagadaliśmy do dość postawnego Angola, który z uśmiechem pokazał nam, że wystarczy tylko skręcić trochę w bok i na rogu znajduję się nasz hotel. Wierzcie mi sami byście nie trafili. Ledwo widoczny napis i na dodatek boczna uliczka. Trochę się uśmialiśmy, bo tak naprawdę od miejsca naszego przystanku było to zaledwie 5’ a my nadrobiliśmy sporo drogi. No, ale w końcu dotarliśmy do celu, a to się liczy. I w tym momencie pojawiły się pierwsze problemy…

Okazało się, że w systemie rejestracji nie ma śladu naszej rezerwacji. Pokazaliśmy nasze wydruki z potwierdzeniem złożenia rezerwacji na 4 osoby. Niestety oznajmiono nam, że dokonaliśmy rezerwacji nie bezpośrednio, ale przez pośrednika a ten z kolei nie wywiązał się ze swoich obowiązków. Spojrzeliśmy po sobie i w tym momencie byliśmy totalnie zrezygnowani. Niestety w hotelu nie było żadnych wolnych miejsc ze względu na dzień meczowy. Wyszliśmy przed hotel i zastanawialiśmy się, co robimy. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że nie znajdziemy miejsca noclegowego, bo już na 2 miesiące przed meczem ciężko było coś znaleźć. Ruszyliśmy przed siebie kompletnie rozbici i rozmawialiśmy o tym, co dalej. Wspólnie uznaliśmy, że nie mamy innego wyjścia jak spędzić te 14h na lotnisku. Odlot mieliśmy dopiero 14.20 więc sporo czasu zostawało nam od zakończenia meczu do odprawy samolotowej. Na szybko wróciliśmy się też na przystanek żeby zmienić naszą powrotną autobusową rezerwację. Pierwotnie mieliśmy zarezerwowanego busa na 11.00 rano, no, ale ze względu na brak noclegu postanowiliśmy, że wracamy ostatnim busem na lotnisko. Na szczęście udało nam się sprawnie załatwić zamianę i mieliśmy rezerwację na 22.55.

Kolejna kwestia, jaka się pojawiła to, co robimy z bagażem. Stwierdziliśmy, że wracamy do hotelu gdzie mieliśmy spać i zapytamy czy będą na tyle mili żeby nam te bagaże przetrzymać do meczu. Okazało się, że, mimo iż nie praktykują takich działań, to w naszym wypadku i zaistniałej sytuacji zgodzą się na taką ewentualność. Lżejsi o nasze bagaże udaliśmy się zjeść i napić czegoś bezalkoholowego;) Tak szybko upłynęły te godziny do meczu, że nawet nie spostrzegliśmy a już trzeba było się zbierać. Czekaliśmy na znajomych Viktora, którzy mieli nas zawieść pod stadion. Korki spowolniły naszą podróż i ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu dotarliśmy po stadion bardzo późno. Pod samym stadionem byliśmy umówieni z Caro. Wśród tylu kibiców nie było prosto go znaleźć. Viktor zaczął dzwonić, ale nikt nie odbierał.

 
Ponieważ bardzo chciałam zobaczyć Becksa już na rozgrzewce powiedziałam do chłopaków, że nie wiem jak oni, ale idę już na stadion. Rozdałam całej ekipie bilety i weszłam na stadion, a wraz ze mną Adam. Obeszliśmy sporo stadionu zanim znaleźliśmy miejsce gdzie możemy wejść. Trybuny były już prawie pełne. Weszłam szybko o schodach i z lekkim roztargnieniem starałam się znaleźć na murawie moich ulubieńców. Vidę znalazłam od razu a Becksa po chwili. Niestety zawodnicy już schodzili z rozgrzewki.

Mieliśmy cudowne miejsca obok tunelu, dlatego mogliśmy z bliska zobaczyć schodzących zawodników. Nie sposób opisać jak to jest patrzeć na człowieka, dzięki któremu ma się Manchester. To tak jakby czas się zatrzymał i szczęście rozlało się po całym ciele. Reszta ekipy dołączyła do nas, kiedy byliśmy w trakcie oklaskiwania schodzącego z murawy Becksa jak i naszych zawodników. W trakcie, kiedy czekaliśmy na rozpoczęcie meczu Anglicy rozdawali do pompowania balony w kolorach żółto zielonych. Napompować nie problem, ale zawiązać ojej tu już miałam trochę kłopotów ;) Pojawiła się też wielka flaga z herbem United, którą puszczono po trybunie. Niesiona przez kibiców dotarła do połowy stadionu. Przepiękny widok. Samego meczu opisywać nie będę, bo ten wynik po prostu nie wymaga komentarza! Ale to, co się działo na trybunach OT przeszło nasze najśmielsze życzenia. Nareszcie ten stadion był jednością, nareszcie można było pośpiewać do utraty tchu. Smutne, że dopiero taka a nie inna sytuacja doprowadziła do takiego stanu rzeczy, ale sam fakt tak cudownej atmosfery na trybunach po prostu sprawił, że ten mecz był wyjątkowy. Kibice nie szczędzili gardeł. W powietrzu unosiły się zielone i żółte balony. Dwie wielkie flagi z protestem pojawiły się na trybunach. A w momencie, kiedy na murawie miał się pojawić Dawid, poziom ekscytacji na trybunach sięgnął zenitu. Cały stadion, tyle tysięcy ludzi powstało ze swoich krzeseł i oklaskiwało na stojąco swoją legendę. A wraz z oklaskami wszyscy zjednoczeni wspólną miłością do zawodnika zaintonowali „ One David Beckham there’s only One David Beckham”. Tego nie sposób opisać jak tyle tysięcy gardeł śpiewa, aż taka fala uderza człowieka w piersi. Spojrzeliśmy po sobie z Viktorem i wszystko było jasne, dla takich chwil warto być kibicem i nawet te 14 h na lotnisku nie jest w stanie zepsuć nam humoru. Sam David był pewnie jeszcze bardziej wzruszony niż my.

Na 10’ przed końcem meczu kibice rozpoczęli swój protest. Cały stadion żółto-zielone szaliki w ruch i pieśni przeciwko Glazerowi.. Piękny moment był przed samym zakończeniem meczu, kiedy kibice podnieśli szaliki w górę, na ten moment prawie cały stadion tonął w żółci i zieleni i zaśpiewali „ We’ll never die…”. Te 90’ minęło nam w genialnej atmosferze. A wynik oddał tylko to jak mocnym zespołem jesteśmy i że trzeba się z nami liczyć w tych rozgrywkach. Po zakończeniu meczu czekaliśmy wszyscy aż zawodnicy zejdą z murawy żeby im podziękować za cudowny mecz, za to, że mogliśmy przez te 90’ napawać się tak piękną grą. Jako jeden z ostatnich zawodników schodził Beckham. I znowu oklaski na stojąco z pieśnią na ustach. W pewnym momencie jeden z kibiców znajdujący się bliżej murawy rzuca na nią żółto -zielony szalik. Wszyscy obserwują, co się stanie, a David podchodzi i zakłada szalik na szyję jednocześnie klaskając kibicom. Aż mi się łza zakręciła w oku, takie to było niespodziewane i jakże piękne zakończenie tego meczu. Nie wiem czy to możliwe, ale teraz kibice kochają go chyba jeszcze bardziej. Fantastycznie się zachował. Pokazał jak solidaryzuje się z tym klubem i że pomimo tego, iż nie jest już w naszej drużynie to nadal ten zespół ma dla niego znaczenie podobnie jak i jego fani, którzy pozostaną nimi na zawsze.

Powrót odbywał się dla nas w przyspieszonym tempie. Viktor jak najszybciej chciał się przedostać przez tłum ludzi, ja biegnąca za nim i odpisująca na setki smsów od innych kibiców i Adam, który próbował za nami nadążyć. Z Caro pożegnaliśmy się wcześniej, bo jego samolot odlatywał dopiero za 2 dni. Udało nam się szybko dotrzeć do czekających już autobusów. Dostanie się do nich nie było łatwe, ale nie mogliśmy sobie pozwolić na żadne opóźnienia, dlatego pchaliśmy się z całych sił. W tym miejscu rozdzieliliśmy się z Viktorem. Jak tylko ulokowaliśmy się w autobusie zadzwoniłam do Viktora czy dostał się do busa, bo wiedziałam, że musimy jak najszybciej znaleźć się w centrum. Udało nam się na czas i bez większych nerwów dotrzeć na przystanek i dojechać do Liverpool. Czekało nas 14 godzinne oczekiwanie na samolot. Na lotnisku nie tylko my spaliśmy, bo było tak sporo Włochów, którzy też nie mieli noclegu. Przedziwne uczucie, ochrona lotniska chodziła i bacznie się nam przyglądała. Było cholernie niewygodnie i strasznie zimno. Z wielkim trudem dotrwaliśmy do 5 rano, bo wtedy lotnisko już budziło się do życia. Szybkie doprowadzenie się do stanu używalności w toalecie i na śniadanko. Chyba nigdy kawa nie smakowała mi tak jak wtedy. Przesiedzieliśmy do 12 w restauracji. Byliśmy niewyspani i zmęczeni, ale zgadzaliśmy się, co do jednego, że to był jeden z piękniejszych meczów, na jakich byliśmy i wiedzieliśmy, że każdy, kto mógł jechać na ten mecz, ale z takich czy innych przyczyn tego nie zrobił będzie tego bardzo, ale to bardzo żałował!

Lot do Warszawy upłynął nam w mgnieniu oka, bo wszyscy spaliśmy. Pożegnaliśmy się na dworcu kolejowym i tak zakończyła się kolejna wyprawa na United.

Nie wiem czy można ubrać w słowa te emocje, jakie towarzyszyły nam podczas tego meczu. Każdy kibic powinien doświadczyć czegoś tak dogłębnego, to jak spełnienie snów zobaczyć po 13 latach kibicowania taką legendę na murawie. I zobaczyć cały OT zjednoczony i kibicujący z wielką miłością i pasją. To powinno dać do myślenia ludziom, którzy uważają, że na OT nie warto jechać ze względu na atmosferę…. Życzę wam żeby każdy z was pojechał na mecz i przeżył coś tak wyniosłego !!! No i oczywiście do następnego … take me home United road, to the place that I belong to OT!

Relację przygotowała Angel.



dodany: 2012-03-14 07:05:00 , przez: admin