Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

18.09.2011 Manchester United vs Chelsea Londyn

Mój trip rozpoczął się praktycznie od 4 rano. Szybka kąpiel, dopakowanie się i 5.14 busem na dworzec w Dąbrowie Górniczej, gdzie umilaliśmy sobie czas z Agnes grając w Wormsy. Podróż pociągiem odbyła się spokojnie, do czasu aż pociąg się nie zaczął spóźniać, wtedy to popadliśmy w małą nerwicę z Agą. Rezultat był taki, że uciekł nam ostatni bus na lotnisko w Łodzi. Lecz tam nasz niezastąpiony Hercu poratował nas polskimi złotówkami i mogliśmy spokojnie pojechać na lotnisko taksówką. Szybka odprawa bagażu i pogawędka z Hercem, w której nie omieszkałem zapytać co mogę przewieźć w podręcznym a co nie no i okazało się że zostały mi jeszcze w plecaku dwa jogurty, serek wiejski i osławiony już majonez, których nie mogłem wziąć ze sobą na pokład. Hercu w prezencie dostał jogurt i serek wiejski, a majonez poszedł do kosza (tak sobie potem myślałem że ten mój majonez to małe miki w porównaniu z przemyconym przez Stavrosa termosem)

Następnie zasiedliśmy w fotelach samolotu i niecierpliwiliśmy się razem z Agą jak to będzie lecieć ten pierwszy raz. Wrażenia dość pozytywne, choć straszna nuda i oczekiwałem większych emocji. Sam lot dosyć uciążliwy, bo siedzieliśmy przy skrzydłach i strasznie silniki wyły. W międzyczasie Aga się zdążyła na mnie zdenerwować, bo cały czas ją ogrywałem w Wormsy. Miłą niespodzianką był fakt, że jeden ze Stewardów miał zegarek z małym crestem United.

Szczęśliwie wylądowaliśmy na lotnisku Johna Lennona w Liverpoolu przy gromkich oklaskach pasażerów, co nas niezmiernie rozbawiło. Wszystkie formalności lotniskowe przebiegły bez zarzutu. Niestety okienko z Terravison było zamknięte i musieliśmy poradzić się Polaków skąd odjeżdża bus do Manchester. Mieliśmy czekać prawie godzinę na Terravision, ale w związku z tym, że jeżdżą one jak chcą, po 10 minutach byliśmy już w busie. Jadąc już do Manchester podniecenie było ogromne. W Liverpool oprócz lotniska to tylko widzieliśmy pola i pastwiska z owcami. Sami przyznacie, że nic specjalnego.

Idąc na Piccadilly Gardens spotkaliśmy po drodze Primusa wraz z Marią, która została nam przedstawiona jako zawodowy żołnierz, kibic Napoli. Jak się okazało bardzo pozytywna dziewczyna. Szybkie wskazówki od Primusa i wsiedliśmy w tramwaj by udać się do naszego hotelu. Na szczęście na recepcji była Polka, dzięki czemu zameldowanie przebiegło bez problemu. Po pewnych kłopotach z użyciem karty magnetycznej dostaliśmy się do pokoju zastając przedstawione warunki zamieszczone na zdjęciach.

Nie czekając na Primusa udaliśmy się w kierunku naszej Mekki - Old Trafford. Stadion robi niesamowite wrażenie, jego ogrom zapiera dech w piersiach. Porobiliśmy sobie parę fotek. W międzyczasie jakiś jeden z oficjeli ubranych w garnitur z herbem United na piersi zaproponował nam zrobienie zdjęcia.

Czytając w myślach Primusa, znów nasze drogi się skrzyżowały i do Bishopa udaliśmy się razem, spędzając tam resztę dnia. Masa żartów, gagów, prób dogadania się z Marią, które są nie do przypomnienia i powtórzenia sprawiły, że czas płynął niezmiernie szybko. Na miejscu trafiliśmy na dzień kuchni indyjskiej i w związku z nią, za poleceniem Primusa, zamówiliśmy owcze mięso w sosie pomidorowym podawane z ryżem, chlebkiem pita i czymś co smakowało i wyglądało jak ogromne prażynki. Był to oczywiście nasz najsmaczniejszy posiłek w trakcie całego pobytu. Czas umilał nam Stone the Crows i Ruddles. Pod koniec piwkowania zaproponowaliśmy nocleg Marii ze względu, że jedno łóżko w naszym pokoju pozostawało wolne. Jednak oferta Primusa i Marty była atrakcyjniejsza i taksówką zabrali się do domu, a my poczłapaliśmy do hotelu. Aga położyła się spać, a ja ze zniecierpliwieniem czekałem na Stavrosa. Kiedy już moje nadzieje sięgały dna i powoli kładłem się spać, dostałem smsa, że Stavros wraz z rodziną są już w hotelu. Szybko się pozbierałem i wyruszaliśmy na nocne poszukiwanie jakiegoś sklepu gdzie mogliśmy kupić jakieś piwka. Niestety już o północy w Anglii jest zakaz sprzedaży napojów wyskokowych, więc smutni szliśmy w hotelu. Jednak coś nas tchnęło i stanęliśmy przy recepcyjnym barku, gdzie „czarny murzyn” zgodził się nam sprzedać piwka. Z początku nie byłem przekonany do tych angielskich cidrów, ale bardzo dobrze umilają konwersację. Szybko czas zleciał i przegadaliśmy 2-3 godzinki na mniej lub bardziej poważne tematy, tak samo ciekawe.

Na drugi dzień z samego rana udaliśmy się wraz ze „Stavrosami” na śniadanie do Bishopa, gdzie kuchcił już Primus. Zamówiliśmy z Agą iście angielskie śniadanie, składające się z 3 maślanych naleśników podanych z syropem klonowym i bekonem. Mi smakowało bardzo. Po zjedzeniu śniadanka udaliśmy się z Agą do pobliskiego spożywczaka Aldi, gdzie kupiłem 10 małych, 250ml francuskich Lagerów za 3 funty! Agnes również chciała zakupić piwka, jako prezenty dla ojczyma i ciotki, jednakże Aga jak to Aga dowodu z domu nie zabiera i musiała obejść się smakiem. W drodze powrotnej zaczepili nas Mormoni i próbowali nawracać, jednak nasza nikła znajomość języka angielskiego chyba ich zniechęciła i dali sobie spokój. Po powrocie do Bishopa zastaliśmy powiększoną ekipę o Kminka z córką Gabi i Ciastka. Następnie powrót do hotelu w celu zaniesienia zakupów i zameldowania Ciastka z Kminkiem. Następnym punktem naszej podróży był Tour po Old Trafford i muzeum. Idąc tam pamiętam jak Natan śmiał się i mówił w kółko „kilo kiełbasy i majonez” co rozbawiło nas wszystkich do łez.

Życzenie Stavrosa się spełniło i trafiliśmy na dokładnie tego oprowadzającego, którego chciał. Faktycznie gościu był przezabawny. Na wstępie zaczął udawać, że goli się mikrofonem (czy cokolwiek to było). Pierwszym elementem touru jest wejście na trybuny. Magia. Czuje się całą tą historię, masę wygranych trofeów na tym stadionie. Sama płyta boiska wydaje się bardzo mała, a po przyjrzeniu się z bliska jest to po prostu „zielony dywan”. Drugim etapem jest tunel monachijski. Tutaj nie ma co się rozpisywać, bo historia mówi sama na siebie. Następnie szatnia, która wydaje się być prawdziwą. Bynajmniej ja nie zauważyłem różnic do tej pory między tą z moich zdjęć, a tą ze zdjęć zawodników z celebracji. Chociaż dziwi brak jakichkolwiek szafek czy bliskości pomieszczenia z natryskami. Kolejnym punktem tripu jest tunel wyjściowy na stadion, gdzie przez chwilę można się poczuć jak piłkarz naszego ukochanego klubu. Puszczona jest muzyka, krzyki kibiców... W tym momencie kończy się ta zorganizowana część touru i można iść do megastore, gdzie odebraliśmy certyfikaty i powrócić do pomieszczeń z trofeami, koszulami i innymi ciekawostkami związanymi z United. Wg mnie koszulki kupowane na allegro nie różnią się zbyt jakościowo od tych z Megastore. Jako maniak i kolekcjoner koszulek United przyglądałem się każdemu szczegółowi z koszulek umieszczonych w gablotach.

Po wyjściu z muzeum zastała nas iście angielska pogoda, jak to mawia ciastek „angielski shower”. Szybko pobiegliśmy do Bishopa, chłopaki bez koszulek, a Aga z reklamówką na głowie. Na miejscu zjedliśmy po angielskim burgerze z frytkami oraz parę pian, rozmawiając i śmiejąc się co półtorej sekundy. Zostałem gościem od trudnych słów – kapsaicyna (drugiego nawet nie pamiętam). Rozmawialiśmy nawet o smaku „gówna z octem posmarowanego marmoladą”, a raczej jego braku, po zażyciu odpowiedniej dawki kapsaicyny. Tutaj znów ogrom śmiesznych sytuacji, których nie sposób opisać. Nastąpił powrót do hotelu na tzw. „hotelową imprezę”, gdzie dołączyła do nas już część „pomorania patolodży”. Znów cała masa śmiesznych akcji i opowieści, o wożeniu znaków drogowych autobusem, graniu w piłkę kalafiorem „graliśmy w kalafiora, tylko po drugim podaniu się zepsuł”. Przy cudownym wyrobie braci Kminków rozmowy trwały do białego rana. W tą też noc Ciastek zaczął swój „gejowski weekend” dobierając się do kaszmirowego sweterka Primusa oraz wymieniając swoje spostrzeżenia z Tomkiem_gd vel „Mahoń” na temat lamp w ostatnio odwiedzanych przez nich solariach.

Nazajutrz po krótkiej posiadówce w Bishopie udaliśmy się busem do centrum Manchesteru. W busie spotkaliśmy kobietę przedziwnej urody, o głosie jak z horroru, którą Ciastek ochrzcił jako „Panią Mongoł” – uroda faktycznie dość azjatycka. W busie również padł tekst z ust Natalii, który nas niemiłosiernie zabił: „Ile Twoja stara musiała się śniegu nażreć żeby zrobić takiego bałwana” Po dotarciu do centrum część ekipy pojechała obejrzeć mecz FC United a część do Muzeum Uniwersyteckiego w Manchesterze, które jest o dziwo zupełnie za darmo. Naprawdę bardzo ciekawe muzeum, od standardowych dinozaurów, wykopalisk, przez żywe zwierzęta po monety.

Po wyjściu z muzeum część ekipy zwiedzającej udała się na szamę do Pizza Hut, a my z Primusem poszliśmy zwiedzać centrum Manchesteru, od Gay Village, przez Chinatown i katedrę. Architektura nas oczarowała, ponieważ lubimy połączenie nowej ze starą. Ludzie wydają się być mega pozytywnie nastawieni, wszyscy się uśmiechają. Ale jak to Agnes powiedziała: Jak tu się nie cieszyć skoro zarabia się 4500zł miesięcznie a życie i jedzenie jest tylko trochę droższe niż w Polsce.

Kolejnym punktem wycieczki było centrum handlowe Trafford Centre o powierzchni 20,7 hektara! Robi wrażenie, masa ludzi, niemalże pałac. Szczególnie warty uwagi był polecany przez Primusa sklep Hoolister, gdzie jako sprzedawców zatrudnia się same modelki i modeli. W sklepie może się znajdować określona ilość nabywców, w związku z czym aby wejść, ktoś musi wyjść (Czyli tak jak w żabce po 23). Kolejka do kasy liczyła lekko ze 60 osób. Ciuchy świetne, niestety ceny też...

Powrót do hotelu na kolejną hotelową imprezę. W międzyczasie dołączyła do nas ekipa warszawska – Grzegorz vel Japoniec/Gorączka, Santi i Sieradzki oraz Tasior i ekipa z innego hotelu Pyton i Chmielu. Ponowne rozmowy do białego rana, tym razem przy tradycyjnym polskim trunku na bliżej nieokreślone tematy. Atrakcją wieczoru był snujący się po hotelu „Ali Agca” z ogromnym brzuchem, chodzący na co dzień w szlafroku.

Dzień meczu, niedziela, emocje rosną. Z samego rana wbiliśmy do Bishopa i czekaliśmy aż rzesze kibiców zaleją go w pełni. Z wejściem do środka nie było problemu, ponieważ każdy z nas miał bilet na mecz i symbolicznego „funciaka” na wejście. Początkowo straszna mizeria była. Angole raz zaśpiewają chanta i milczą. Na szczęście miało to miejsce tylko na początku. Im więcej ludzi, tym częstsze i głośniejsze śpiewy. Zabawa trwała w najlepsze szczególnie jak Liverpool dostawał kolejne razy od Tottenhamu, co niezwykle uszczęśliwiało każdego kibica United. Mimo że ciągłe stanie przez ok. 5 godzin niesamowicie zmasakrowało nasze plecy i kręgosłupy to banan nie schodził nam z twarzy. Dzięki Primusowi zrobiliśmy sobie zdjęcia z każdemu znanym Pete’m Boyle’m. Nauczyliśmy się także nowego chanta, który bardzo nie spodobał się Santi: "He shags whom he want, He shags whom he waaaaaaant, That boy Giggsy, He shags whom he want".

Kiedy wchodziliśmy na Stadion, akurat Liverpool dostawał czwartą bramkę w plecy co nas ogromnie ucieszyło. Potem jak już zasiedliśmy na krzesełkach to dowiedzieliśmy się, że City zremisowało swój mecz z Fulham. Do pełni szczęścia potrzebowaliśmy tylko zwycięstwa United. Czekając na spektakl, porobiliśmy sobie zdjęcia na tle płyty boiska. Chcąc mieć zdjęcie całej ekipy, potrzebny był ktoś z zewnątrz. Napatoczył się jakiś azjata i na „raz, dwa, trzy żółtkiiiiii” robił nam foty potem nie wiedział co miał zrobić i jak pomieścić 7 aparatów w rękach. Ogólnie też byliśmy atrakcją publiczności, jak darliśmy się: „You Fat bastard, aaaaaaaaa”. Tomek również odśpiewał dla siebie „Simply the best”. Meczu nie będę opisywał, a reakcje publiczności. Ogólnie siedzieliśmy w sektorze którego nie dało się rozruszać. Jedynie jacyś latynosi nad nami też coś próbowali działać, ale na marne. Pakistanów i żółtków jest zbyt wiele. Ciastek nawet śpiewał „It’s not a fucking picnic...” ale nikt nawet na to nie zareagował. Uważam że doping Chelsea nie był też jakiś rewelacyjny. Generalnie zanim jakakolwiek przyśpiewka docierała do nas ze Stretford to już się kończyła, bo Angole śpiewają tylko na raz. Największe wrażenie na pewno robi jak cały stadion wstaje i śpiewa „Stand up for the champions” albo jak krzyczy „United”, na zakończenie każdej połowy „Glory, Glory Man United”, chyba raz też było „Take me home United Road...” Jak potem oglądałem skróty meczu to było słychać w tv „We love United”. Podsumowując, te przyśpiewki które wszyscy znają wychodzą fajnie, natomiast za dużo przerw jest między nimi. No i oczywiście jak Torres spudłował to był gromki śmiech i od razu poleciało z całego stadionu: „you scouse bastard”. Najśmieszniejszym momentem było, jak Pyton zapytał się nas w te oto słowa: „Co to jest ta whoareyea”.Emocje niezwykłe, nie do opisania, przyznam szczerze, że ja siedziałem jak zahipnotyzowany, koncentrowałem się na wyłapaniu każdej przyśpiewki i daniu wszystkiego z siebie. Wszystko do mnie dotarło dopiero jak wracałem od Agi z domu we Wtorek. Spełniłem swoje marzenie i tym samym jestem szczęśliwszym człowiekiem niż wcześniej.

Wracając do relacji. Zdziwiło mnie, że tak szybko stewardzi wyganiają wszystkich z trybun. Schodząc schodami w dół daliśmy jeszcze popis chantów, tutaj ze względu na akustykę słychać nas było przednio Poszliśmy na tyły stadionu, żeby zobaczyć naszych ulubieńców z bliska, ale niestety tam był już taki pakistańsko-koreański mix, że nie szło zapałki włożyć. Jednak cierpliwie czekaliśmy i co nieco udało się zobaczyć. Wychodząc spod stadionu po drodze spotkaliśmy Marcela Desailly, spasł się nieźle.

Wróciliśmy do hotelu, aby rozpocząć kolejną hotelową ostatnią już noc. Tym razem było też trochę innych kibiców United i City. Oglądaliśmy skróty i zaśpiewaliśmy parę chantów. Jakiś kibic City zaczął śpiewać „Billionaire” i też była beka. Pod koniec Stavros rozpoczął ciekawą dyskusję na temat filmów i aktorów. Masz stary dar do opowiadania. Na koniec jak już zostaliśmy w kilka osób i reszta ekipy się już pożegnała to rozwinęła się ciekawa dyskusja na temat FC, United i ogólnie kwestii kibicowania. Bardzo fajnie było słuchać waszych opinii.

Dzień ostatni, dzień smutny, bo dzień wyjazdu. Widać już było że jesteśmy przygaszeni z Agą, bo musimy żegnać to wspaniałe miejsce. Wszystko poszło szybko, pojechaliśmy busem z Primusem do centrum, porobiliśmy jakieś fotki, zjedliśmy, pogadaliśmy i uderzyliśmy razem z Santi na lotnisko w Liverpoolu. Tam już czekali na nas Pyton i Chmielu. Zjedliśmy po ogromnej kanapce w Subwayu i poszliśmy na odprawę. Adze na chwile zatrzymali bagaż podręczny bo myśleli, że przewozi nożyczki, ale po prostu dwa kółka z breloczków tak wyglądały na prześwietleniu. Wsiedliśmy do samolotu. No i tu już tak spokojnie nie było jak za pierwszym razem, bynajmniej dla Agi, która się już modliła żebyśmy wylądowali. Na końcu nawet ryanair nawet zebrał oklaski od Agi. Wylądowaliśmy we Wrocku, trochę z kłopotami dotarliśmy do centrum, gdzie w centrum handlowym Renoma czekaliśmy na Lasq i Leslava, którzy mieli nas zaprowadzić na jeszcze jedną pianę do nowego pubu wrocławskiej ekipy United. Po wszystkim odwieźliśmy Santi na dworzec i się rozjechaliśmy po domach.

Chciałbym podziękować całemu stowarzyszeniu, że umożliwiło mi spełnienie swojego największego marzenia. Tasior dobrze powiedział, że z czasem będziemy tutaj bardziej dla wspaniałych znajomości niż dla samego United, ale zostaliśmy skupieni wokół wspaniałej Idei (słowa Primusa), a tą ideą jest United - coś co nas będzie łączyć aż do śmierci.

CZEKAM NA NASTĘPNY WYJAZD – NIEBAWEM


Relację przygotował Toster.





dodany: 2012-03-14 07:45:00 , przez: admin