Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

18.10.2011 Otelul Galati vs Manchester United

Był to już mój czwarty wyjazd na UNITED, więc emocje powinny być mniejsze niż za pierwszym czy drugim razem, ale było coś, co powodowało, że nie mogłem doczekać się rumuńskiego tripu. Był to mój pierwszy mecz Ligi Mistrzów na żywo.

Do Krako
wa, z którego był zaplanowany wyjazd busem do Bukaresztu, ruszyłem wraz z dwoma pięknymi niewiastami, Santi i Agnes (która, niestety, opuściła nas w Katowicach), z wrocławskiego dworca PKP. Podróż pociągiem, jak to podróż pociągiem: kilka piwerek, aby droga się nie dłużyła, kilka zdobytych prezentów dla towarzyszy tripu, oczywiste opóźnienie i ok. 14.30 zawitaliśmy do Krakowa. Na miejscu spotkaliśmy się z ziomkami (Adam, Hercu, Kielon, Mates, Miszczu, ciastek, Bobok, Deki, Raku), którzy dojechali z innych stron Polski (Łódź, Katowice) i na chwilę ruszyliśmy w miasto na jakąś szybką pianę. Towarzyszył nam wówczas miejscowy - Kant.

Chwilę po 17 poszliśmy na wcześniej umówione miejsce, z którego mieliśmy złapać busa i ruszyć na podbój Rumunii. Po drodze, dość niespodziewanie, spotkaliśmy Laskę. Przed samą podróżą spotkaliśmy się z Dalią, Czyżem, viktorem, Sampajo oraz Kostkiem i nie pozostało nam nic innego, jak wsiąść do busa i pojechać w trasę.

Podróż zaczęła się od degustacji (choć nie jestem pewien, czy degustacja to dobre słowo) napojów alkoholowych różnej maści, a w zasadzie objętości. Po jakiejś godzinie jazdy zrobiliśmy szybki postój w Brzesku, gdzie czekał na nas już ostatni z ekipy - Stavros.

Opis: http://nowa.musc.pl/editor/fckeditor/editor/gfx/dzialy/wyjazdy/galati/2m.jpgSamą podróż busem, mimo, że była przednia, ciężko jest opisać, ale warto o niej wspomnieć. Słowacja i Węgry (no, może poza stanem dróg, pozdro Hercu) specjalnie nie różnią się od Polski, ale Rumunia to już zupełnie inny świat. Pierwsze 200km, jakie spędziliśmy w tym kraju, wyglądało dosłownie jak droga dojazdowa do sklepu monopolowego w zaniedbanej polskiej wiosce. W drodze powrotnej okazało się, że można jechać inną trasą, nieco dłuższą, ale zdecydowanie szybszą i przyjemniejszą dla pasażerów, jednak nasi kierowcy to temat na zupełnie inną opowieść. Na szczęście trudy podróży rekompensowały nam piękne krajobrazy. Przyznam, że zwiedziłem w swoim życiu trochę świata, ale naprawdę rzadko miałem okazję podziwiać takie widoki.

Co do specyficznego klimatu Rumunii: na stacjach benzynowych można spotkać ludzi, którzy leją paliwo do 1,5l butelek po napojach, po drodze mieszkańców handlujących pysznym serem, którym lubią częstować, a sam kraj wygląda jak Polska z początku lat 90., a może nawet wcześniej (ciężko mi sprecyzować, bo owe czasy pamiętam jedynie ze zdjęć).

Do Bukaresztu dotarliśmy ok. godziny 17 (planowaliśmy być kilka godzin wcześniej, ale nasi kierowcy niestety się nie popisali i zanotowaliśmy opóźnienie). W samej stolicy Rumunii straciliśmy kolejną obsuwę, bowiem kierowcy dopiero po godzinie przyznali się, że nie mogą wpisywać nazw ulic w nawigacji, a nikt nie posiadał mapy. Na szczęście pojechaliśmy za taksówką i udało w końcu udało się dotrzeć pod Stadion Narodowy. Po odebraniu biletów spotkaliśmy starych znajomych, Martina i Alex ze Słowenii. Niestety, wtedy byliśmy już pewni, że nie uda nam się dotrzeć na Stare Miasto, gdzie bawiła się Red Army, a także samochodowa część naszej ekipy (Dev, kminek74, Antek i Szymon). Pojechaliśmy więc na jakieś szybkie gastro i trzeba było wracać pod stadion, żeby spokojnie zdążyć na mecz.

Pod stadionem rozwiesiliśmy nasze flagi, co spotkało się z aprobatą innych kibiców UNITED, którzy szybko zaczęli robić sobie z nami fotki. Niestety, nie spodobało się to miejscowej policji. Rozmowy nic nie pomogły i trzeba było je zdjąć. Jednak dostaliśmy zapewnienie, że uda nam się je wnieść na stadion, więc odpuściliśmy dalsze kłótnie.

Wciąż chcieliśmy zrobić własne show i odpalić race, jednak policjanci nie dawali nam spokoju i cały czas za nami chodzili - chyba naprawdę wystraszyli się ponad 20-osobowej ekipy z Polski. Dlatego także ten pomysł musieliśmy przełożyć na inny termin, więc schowaliśmy race w bezpiecznym miejscu i powoli ruszaliśmy na stadion. Byliśmy jedyną grupą kibiców, która przeszła całą drogę pod eskortą mundurowych.

Pierwsze dwie kontrole udało nam się przejść bez problemu, nikt się nie czepiał się obecności flag. Niestety, ostatnia kontrola, przy samym wejściu na sektory, ostatecznie pozbawiła nas nadziei na pokazanie płócien światu. O ile nikogo szczególnie nie dziwiło, że nie wnieśliśmy dużej flagi MUSC from PL to nie zablokowanie na bramkach flagi UNITED POLAND było co najmniej dziwne, ponieważ większość bez problemó
w wnosiła płótna podobnej wielkości. Kto wie, może stewardzi dostali informacje o 'niebezpiecznych fanach z Polski'. Nie będę opisywać meczu ze sportowej strony (kogo ona interesuje?), bo wszyscy zainteresowani go widzieli. Warto jednak napisać kilka słów o trybunach. Muszę przyznać, że zawiodłem się, bo ostre było jedynie ostanie 15-20 minut, kiedy wszyscy śpiewaliśmy 'NOW EVERY SINGLE ONE OF US WE FUCKING HATE CITY!!!'. Wcześniej każda grupka kibiców śpiewała inne przyśpiewki i niesamowicie ciężko było się zgrać.

Po meczu zostaliśmy jeszcze jakiś czas na stadionie, gdzie zrobiliśmy sobie trochę zdjęć. Po wyjściu część ekipy poszła już do busa, a ja z Rakiem wróciliśmy się po nasze race. Po drodze minęliśmy jeszcze busa z piłkarzami UNITED, w którym Giggs delektował się wielką bułą.

Nastał czas na podróż powrotną do Polski - polegała ona na piciu dobrych napojów, głośnych śpiewach itp.. Droga całkiem podobna do tej, którą odbyliśmy kilka godzin wcześniej. Pozytywną zmianą było to, że kierowcy mniej się mylili, a nam udało się odpalić jeszcze race na jakimś parkingu, za co dostaliśmy ochrzan. Do Krakowa dotarliśmy ok. godziny 21. Przyszedł czas pożegnań. Do Wrocławia ruszyłem wraz z Chmielem (o którym zapomniałem we wcześniejszej części relacji, za co go serdecznie przepraszam), Santi, Branką i Adamem, który dał się namówić na przedłużenie tripu. We Wrocławiu byliśmy po godzinie 3, bo PKP znów zanotowało spóźnienie...

Dzięki za wyjazd. Cheers!


Relację przygotował Misza.



dodany: 2012-03-14 07:50:00 , przez: admin