Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

26.11.2011 Manchester United vs Newcastle United

Wyjazd do Manchesteru był moim marzeniem od wielu lat, dlatego, gdy tylko podano terminarz nowych rozgrywek, zdecydowałem, że chcę jechać na mecz z Newcastle United.  Okazało się, że oprócz mnie jest jeszcze jedenaście innych osób chętnych na ten wyjazd.  Pozostało nam tylko przekonać Stavros’a aby został naszym przewodnikiem oraz odliczać dni do wylotu.

Tak się złożyło, że oprócz mnie z Krakowa jechała również Kasia i Kostek. Powodowało to, że przy każdym spotkaniu, każdej nadarzającej się okazji mówiliśmy tylko o wyjeździe, o naszych oczekiwaniach, o tym, co chcielibyśmy zobaczyć itd. Na szczęście te niecałe cztery miesiące od momentu zapisania się na wyjazd minęły w szybkim tempie i nadszedł wyczekiwany przez nas wszystkich dzień.


Czwartek, 24.11.2011r.

Mój weekend wyjazdowy pod kryptonimem „Newcastle” rozpoczął się już w czwartek. Spowodowane było to faktem, że nasz samolot do Liverpoolu wylatywał z lotniska Kraków –Balice, a ja jako wyjazdowi cz na stałe mieszkający w Grodzie Kraka zdecydowałem się przenocować kilku uczestników naszego tripu, którzy mieszkają w dalszych częściach Polski i przyjazd w piątek rano mógłby być dla nich problemem. Od samego początku dnia towarzyszyły mi wielkie emocje i wyczekiwanie. Przez  1.5h jakie musiałem spędzić  tego dnia na swojej uczelni, cały czas pytałem siebie w myślach czy mam wszystko co najważniejsze  czyli bilety, karta OU, szalik i koszulkę. Wreszcie wybiła godzina dwudziesta i pierwszy z umówionych wcześniej gości mojego „Motelu” przyjechał pod mój blok. Nastąpiło krótkie przywitanie się z Ryba i jego rodzicami, po czym korzystając z ich uprzejmości pojechaliśmy z nimi samochodem pod Dworzec Główny w celu odebrania pozostałych uczestników wyjazdu. Jako pierwszy przyjechał pociągiem Pyziop.  Chwilę później dojechał Misiek,  a na końcu, jak zwykle z 20 minutowym opóźnieniem przyjechał pociąg z Warszawy  a w nim MarcinB i Sampajo. W międzyczasie dołączyła do nas Kasia. Nastąpiło wtedy krótkie przywitanie, kupienie biletów na poranny pociąg na lotnisko i wesołą gromadką udaliśmy się w kierunku mojego mieszkania, po drodze odprowadzając Kasię i kupując kilka rzeczy potrzebnych do przetrwania nadchodzącej nocy.

Owa noc na długo zapadnie w mojej pamięci. Większość z nas się nie znała osobiście a wystarczyło dosłownie kilka minut i znaleźliśmy ze sobą wspólny język.  Nie wiadomo kiedy na zegarach wybiła godzina 05.00 i zgodnie stwierdziliśmy, że czas położyć się na chwilę spać.

Piątek, 25.11.2011r.

Po bardzo długim, bo aż godzinnym śnie Pyziop zrobił nam pobudkę o szóstej rano. Szybkie ogarnięcie się każdego z wyjazdowiczów, sprawdzenie czy niczego nie zapomnieliśmy i po godzinie siódmej pojechaliśmy na Dworzec Główny, aby już oficjalnie rozpocząć nasz wyjazd. Na dworcu spotkaliśmy Wronę, Kasię, Kostka oraz Stavrosa.  W pociągu mignęła nam postać Pilka, który początkowo nas nie zauważył i dołączył do ekipy dopiero na lotnisku. Tam tez spotkaliśmy Bowisa i Lotnika czyli cała szczęśliwa trzynastka była już w komplecie.

Co warte odnotowania, na lotnisku spotkaliśmy Jerzego Dudka z  bratem.  Mimo dość dużej mgły nad lotniskiem wylecieliśmy planowo przed godziną jedenastą. Po locie pełnym turbulencji, które znacznie uprzykrzały spanie na stoliku przed fotelem, dolecieliśmy do miasta Beatlesów gdzie przywitała nas typowo wyspiarska pogoda. Od razu zapakowaliśmy się do autobusu, który w mniej niż godzinę dowiózł nas do Manchester. Potem szybciutko w Metrolink i po pół godzinie byliśmy w hotelu. Po drodze po raz pierwszy naszym oczom z daleka ukazał się cel naszej podróży… Teatr Marzeń.  W hotelu szybki meldunek, podział na pokoje i można było od razu wyjść do miasta, aby coś zjeść.

Jak łatwo można się domyśleć pierwszym punktem naszej piątkowej wycieczki było Old Trafford. Stadion już z daleka robił imponujące wrażenie. Coś wspaniałego. Od razu zaczęły się sesje zdjęciowe na tle stadionu, pod Trinity itd. Na samą myśl, że już jutro zasiądziemy na jednym z 75.000 krzeseł i będziemy głośno krzyczeć „UNITED!”,  przechodziły mi ciarki po plecach. Gdy każdy z nas zrobił sobie już pierwsze zdjęcia udaliśmy się do Bishop Blaize. Tam też spotkaliśmy dobrego znajomego kilku członków Naszego Stowarzyszenia,  mianowicie Martina ze Słowenii.  Idąc za radą Stavrosa, Ci co byli najbardziej głodni zamówili sobie Large Mixed Grill wraz z bardzo dobrym John Smith's Extra Smooth.

Po skończonym posiłku nadszedł czas na udanie się do centrum Manchester, które w godzinach wieczornych aż tętniło życiem, co raczej nie było niczym zaskakującym. Kilku z nas zrobiło sobie ciekawe zakupy w Arndale, po czym wróciliśmy do hotelu, gdzie już wcześniej planowaliśmy imprezę do późnych godzin nocnych.

W czasie trwania owej imprezy razem z Kasią i Kostkiem postanowiliśmy udać się na nocną wycieczkę pod stadion. Nasza obecność pod stadionem o godzinie 24.00 od razu wzbudziła zainteresowanie ochrony, która czujnie obserwując każdy nasz ruch sprawdzała, czy aby nie próbujemy wspiąć się na Trinity i zrobić sobie pamiątkowego zdjęcia.

Gdy wróciliśmy duża cześć ekipy zdecydowała się pójść spać, aby wreszcie odespać wrażenia ostatniej nocy jak i całego dnia. W końcu na sobotę musieliśmy być wypoczęci.

Sobota, 26.11.2011r.

Każdy z nas dzień rozpoczął od śniadania w pobliskim Subway’u, po czym udaliśmy się w kierunku outletu Nike z nadzieją na fajne promocje strojów United. Niestety nie trafiliśmy z terminem i nie było tam nic, co by nas zainteresowało. Zaopatrzyliśmy się za to w biografie Fergusona, Scholesa, Vidica, Ronaldo, które były wprost nieprzyzwoicie przecenione na 0.99Ł. Czas nas gonił, dlatego od razu odnieśliśmy rzeczy do hotelu i udaliśmy się do Bishopa celem rozgrzania gardeł przed meczem. Po około 10 minutowym oczekiwaniu w kolejce wreszcie udało nam się wejść do środka. Znaleźliśmy bardzo sympatyczne miejsce obok balkonu na którym siedział Martin ze znajomymi . Mieliśmy również doskonały widok na „Boyle's singing section”,  czyli miejsce, z którego słynny Peter Boyle dyryguje i zarzuca kolejne chanty ku chwale Manchester United.

Mnie osobiście bardzo się podobało, mimo, że Boyle bardziej zajmował się promowaniem płyt ze swoim śpiewem niż prowadzeniem przedmeczowego dopingu. Jednak każdy z nas wychodził z BB ze zdartym gardłem.

Około godzinę przed meczem udaliśmy się na stadion,  gdzie już roiło się od tysięcy kibiców pilnowanych przez różne rodzaje policji. Próżno było tu szukać akcentów z polskich boisk,  gdzie każdemu meczowi towarzyszy kilka jednostek policyjnej prewencji.

Kiedy wchodziliśmy na stadion i gdy moim oczom ukazał się ułożony z białych krzesełek wielki napis Stretford End oraz dumnie połyskujący w słońcu napis „Sir Alex Ferguson Stand”, serce stanęło mi w gardle,  bo już wiedziałem, że moje marzenie się spełnia. Marzenie małego chłopca, które trwało przez tyle lat wreszcie zostało spełnione. Jestem tam . Byłem na Old Trafford. W miejscu,  gdzie przed wspaniałą publicznością, w przeciągu stu lat grały najwspanialsze  gwiazdy piłki nożnej.  W miejscu,  gdzie zgromadzeni kibicie skakali pod sam sufit z radości po strzelonej bramce, gdzie nie raz przelały się łzy po przegranym meczu. W miejscu magicznym. W Domu.. W końcu nie raz, nie dwa każdy z nas śpiewał sobie słynne „Take me Home, United Road”.

Po znalezieniu naszych miejsc na trybunie doszliśmy  do bardzo istotnego wniosku -  nawet
z górnej trybuny East Stand widok był wspaniały. Kilka minut po naszym wejściu na stadion, na murawę wybiegły obie drużyny na przedmeczową rozgrzewkę. My ten czas wykorzystaliśmy na uwiecznienie naszej wizyty na zdjęciach, które na pewno będą dla nas pamiątką na wiele, wiele  lat. Równo o godzinie 15.00 czasu lokalnego rozpoczął się mecz. Nad jego przebiegiem nie będę się rozpisywał, bo każdy kibic doskonale wie jak było, oraz że Ferdinand trafił czysto w piłkę.

Jedyną rzeczą z meczu,  o której warto wspomnieć była praca Stewardów. Bardzo szybko i sprawnie wyłapywali, gdy ktoś na trybunie próbował nielegalnie wypić piwo. Niestety również co chwilę kazali siadać nam, ponieważ ciągłe stanie na stadionach w Anglii jest zakazane. Nie ma co ukrywać, że jest to chory przepis.

Z meczu wychodziliśmy z dużym niedosytem, lekko podłamani stratą dwóch punktów, jednak radośnie spoglądający w przyszłość. Było to spowodowane widoczną poprawą w grze Naszych Ulubieńców. Gdy udało nam się opuścić stadion, część z nas wróciła do hotelu,  a część udała się na druga stronę stadionu w miejsce gdzie Old Trafford  opuszczają  zawodnicy. Wronie i Rybie  udało się otrzymać autograf od Ferdinanda i Hernandeza.

Po powrocie i szybkich zakupach spożywczych w Tesco udaliśmy się do hotelu, gdzie dołączył do nas Primus. Człowiek niesamowicie pozytywny, którego opowieści o kilku sytuacjach z przeszłości, ze starych wypraw innych ekip do Manchesteru, okraszonych sporą dawką humoru na długo zapadną nam w pamięci. Dzień zakończyliśmy nocną wizytą w centrum i pokazaniem ekipie najsłynniejszej ulicy w mieście, która na wszystkich wywarła duże wrażenie.

Niedziela, 27.11.2011r.


Niedziela zapowiadała się równie emocjonująco i ciekawie,  co dni poprzednie, ponieważ na godzinę jedenastą mieliśmy w planach zwiedzanie muzeum i stadionu. Jeśli chodzi o samo muzeum to ogromne wrażenie zrobiła na nas ogromna liczba pucharów, medali itd. Najciekawszym elementem tej ekspozycji była oczywiście część poświęcona The Treble. Chwilę nostalgii każdy przeżył w pokoju upamiętniającym katastrofę w Monachium i zabitych w niej zawodników. Jako ciekawostkę należy dodać, że przy wyjściu z Muzeum spotkaliśmy bardzo ładną panią, jak się okazało Polkę, która niestety nie chciała z nami porozmawiać mimo wychwalania jej urody przez kilku członków Naszej ekipy.

Po dwunastej przyszedł po nas przewodnik i udaliśmy się na Tour po stadionie. Zaczęliśmy go od South Stand, po czym przez East Stand przeszliśmy do Tunelu Monachijskiego. Z niego udaliśmy się zwiedzić  szatnię zawodników. Potem, idąc przykładem zawodników wyszliśmy na stadion tunelem i  udaliśmy się w kierunku ławek rezerwowych. Tam oczywiście miała miejsce sesja zdjęciowa upamiętniająca naszą wizytę i po ponad godzinie pożegnawszy się z przewodnikiem poszliśmy do Megastore po odebrać certyfikaty potwierdzające nasze uczestnictwo w zwiedzaniu.

Następnie, w związku z brakiem konkretnych planów postanowiliśmy udać się ponownie do centrum miasta. Tam podzieliliśmy się na grupki i jedni poszli na kolejne zakupy, inni coś zjeść do Burger Kinga, a ja z Kasią i Kostkiem postanowiliśmy wrócić do Bishopa celem zjedzenia dobrego obiadu i przy okazji obejrzeliśmy sobie mecz Liverpoolu z City, którego wynik nas bardzo ucieszył.

Niedzielę zakończyliśmy nocnym posiedzeniem na dole hotelu gdzie z całej ekipy wytrzymały tylko cztery osoby, które zrezygnowały ze snu z dla pasjonujących rozmów jakie odbywaliśmy.

Poniedziałek, 28.11.2011r.

Dla osób, które poszły spać dzień zaczął się o piątej rano, kiedy to przyjechały po nas taksówki mające nas zawieźć na przystanek autobusowy. Tam,  po około dwudziestu minutach oczekiwania i udaliśmy się autobusem na lotnisko w Liverpool. Wylecieliśmy bez żadnych opóźnień i przed godziną trzynastą naszego czasu wylądowaliśmy w Krakowie. Na lotnisku przyszedł czas na pierwsze pożegnania , gdyż część ekipy udawała się samochodami w swoją stronę. Pozostałą grupą dojechaliśmy pociągiem do Dworca Głównego,  gdzie już definitywnie zakończyliśmy nasz wyjazd życia. 

Podsumowując,  chciałbym bardzo serdecznie podziękować całej ekipie, bez żadnego wyjątku,  za wspaniały czas,  jaki ze sobą spędziliśmy. Było czystą przyjemnością spełnianie swoich marzeń w Waszym towarzystwie. Mam nadzieje, że jeszcze kiedyś uda nam się podobną ekipą wyjechać na jakiś mecz Manchesteru United.  Anegdoty i różne historie będą krążyły wśród nas jeszcze długi, długi czas.

Relację przygotował Laksa.




dodany: 2012-03-14 07:55:00