Manchester United
Supporters Club Poland

oficjalne stowarzyszenie kibiców

MU Devil

10.12.2011 Manchester United - Wolverhampton Wanderers

Dni od 9 do 12 grudnia 2011 na długo pozostaną w mojej pamięci. To właśnie wtedy spełniło się coś, o czym marzyłem od dziecka, czyli wyjazd na Old Trafford. Wraz ze mną marzenie to spełniło kilkunastu pozostałych członków MUSC. 14-osobową grupą wybraliśmy się do Manchester, aby wspólnie dopingować naszych ulubieńców w meczu z Wolverhampton.


W pierwszej kolejności chciałbym podziękować Wojtkowi za świetną organizację całego wyjazdu, wszystko było dopięte na ostatni guzik, nie było żadnych przykrych niespodzianek, czy też rozczarowań. Dlatego jeszcze raz wielkie dzięki Wojtek w imieniu zarówno moim, jak i pozostałych uczestników wyjazdu. Ale do rzeczy:

Dla mnie przygoda związana z wyjazdem rozpoczęła się już w piątek rano, kiedy to wyruszyłem do Wrocławia. Po dotarciu do stolicy Dolnego Śląska, ok. godz. 14 spotkaliśmy się na dworcu m. in. z Kusym, Wojtkiem i Faustą. Szybki fast food i udaliśmy się na piwko do centrum (właściwie to kilka piwek), a o 19 byliśmy już na lotnisku gdzie dołączyła do nas reszta. Odprawa poszła bezproblemowo i już po chwili zaopatrywaliśmy się w niezbędne czaso-umilacze na okoliczność lotu W moim przypadku był to pierwszy lot samolotem, jednak oprócz zatkanych uszu przez resztę wieczoru, cała reszta wypadła przyzwoicie. Po 22 byliśmy już w Liverpool, gdzie część z nas znów postanowiła się „nawodnić”. Do autobusu mającego zawieźć nas do Manchester mieliśmy przeszło 40 minut, więc był czas na zrobienie kilku zdjęć. Wiele z nich wciąż wywołuje uśmiech na mojej twarzy Całe szczęście, że w Liverpool spędziliśmy tylko ok. 40 minut, gdyż zapach stęchlizny i Beatlesów zaczął dawać się we znaki. Kierowca autobusu – Polak. Poza faktem, że kibicował City, facet w miarę ogarnięty.

Droga minęła szybko i zabawnie, a po godzince byliśmy już w centrum Manchester. Stamtąd wzięliśmy taxi do hotelu, gdzie zawiózł nas przezabawny młody Arab i jak zwykle było mnóstwo śmiechu W hotelu szybki check-in i zajęcie pokojów. Część ekipy poszła spać, część się integrowała a ja z Pawłem postanowiliśmy wybrać się na Old Trafford. Było już grubo po 24 i ochroniarz pod stadionem nie był nam początkowo zbyt przychylny, jednak po chwili rozmowy zrobił nam sesję pod The Trinity. Następnie powrót do hotelu na dalszą część integracji, która nieco się przeciągnęła... Po godzinie snu wstaliśmy ze świadomością, że to już dziś zobaczymy na żywo podopiecznych Fergusona w akcji. Z samego rana udaliśmy się na śniadanie, część poszła jeszcze do Tesco w celu uzupełnienia elektrolitów, a część na zakupy do Megastore. Dostaliśmy tam oryginalne koszulki meczowe po 10 funtów (!). Stamtąd do Bishop Blaize na piwo i wspólne śpiewanie. Kto ma fotę z Boyle’m ten ma To co mi się podobało to to, że nie było przymusu, typu idziemy wszyscy tu, idziemy wszyscy tam itd. Każdy robił to na co aktualnie miał ochotę. Na stadion weszliśmy dopiero wtedy, gdy był już niemal zapełniony, co zrobiło na mnie niesamowite wrażenie, całkiem podobne do tego, kiedy małe dziecko widzi po raz pierwszy morze i jego ogrom zapiera dech w piersiach. To samo było teraz, nie mogłem po prostu wyjść z podziwu tego co zobaczyłem. Wynik meczu wszyscy znają, padały ładne bramki i zdobyliśmy w pełni zasłużone trzy punkty. Po meczu część z nas udała się po autografy, jednak postawa Rooney’a, który wsiadł do samochodu i zwyczajnie odjechał, pozostawiła pewien niesmak. Wieczorem znów Bishop i piwko. To właśnie tam wypiłem najdroższego Żywca w życiu. Widocznie barman źle odebrał moje słowa kiedy składając zamówienie powiedziałem „the strongest and the cheapest beer please”

W niedzielę również czekała nas szybka pobudka, gdyż na 11 mieliśmy zarezerwowany Tour po Old Trafford. Trafiliśmy na świetnego przewodnika o imieniu bodajże Terry, o genialnym poczuciu humoru. Pozwolę sobie przytoczyć niektóre fragmenty jego wypowiedzi. Siedzimy na trybunach a na murawie stoją dość duże lampy, które w jakiś cudowny sposób przyspieszają wzrost trawy. Terry: „When Cristiano used to play for United, he sunbathed under these”. Albo na samym początku, mówiąc o tym, aby nie oddalać się od grupy: “Please do not separate from the group. It’s a working stadium and something may fall on your head and then you’ll become Liverpool fans”. Towarzyszyły temu oczywiście salwy śmiechu. Nie będę za bardzo rozpisywał się na temat zwiedzania muzeum bo nie starczyłoby miejsca w internecie. Powiem jedynie, że ogrom wszystkich trofeów, koszulek Besta, Lawa, Charltona i wielu, wielu innych po prostu zdumiewa. Chcąc sfotografować każdy eksponat, mogłoby zabraknąć jednego dnia. Z kolei w miejscu poświęconym katastrofie monachijskiej łezka kręciła się w oku. Kolejne niesamowite przeżycie. Po zwiedzaniu stadionu i muzeum mieliśmy czas na zakupy w Megastore i odebranie pamiątkowego certyfikatu przy wyjściu. Radzę nie brać tam zbyt dużo gotówki i żadnych kart, bo w takim miejscu każdy kibic United mógłby zwyczajnie zbankrutować. Pokusy wiszą na każdym wieszaku, spoglądają na Ciebie z każdej półki i wyglądają zza każdego rogu

Kolejnym i zarazem jednym z ostatnich etapów naszej podróży była wycieczka do centrum Manchesteru, z której osobiście nie skorzystałem, udając się z paroma osobami do hotelu na zasłużony odpoczynek i degustację wybornego trunku o zagadkowej nazwie Strongbow. Podczas gdy większość z nas była w centrum, z Pawłem wdaliśmy się w przeszło dwugodzinną rozmowę z recepcjonistką, która okazała się Polką. W trakcie rozmowy wyszło, że większość pracowników Etap Hotel to Polacy. Dowiedzieliśmy się również co nieco o realiach panujących w Anglii. Ponadto spotkaliśmy dwie sympatyczne Angielki, które zdecydowanie nadużywały tekstów „High Five” i „You married guys?”J. Ale wracając do tematu. Z centrum niektórzy udali się jeszcze do Bishopa, gdzie z tego co słyszałem toczyły się ostre dyskusje religijno-polityczne Jak nie trudno się domyśleć, z Bishopa wszyscy wrócili bardzo weseli i z racji tego, że był to nasz ostatni wieczór impreza pożegnalna toczyła się do późnych godzin nocnych, a skończyła się sporym zapasem ręczników w pokoju... Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi Na sam koniec, zamiast rozsądnie iść spać z racji czekającej nas o 5 rano pobudki, udaliśmy się jeszcze z Pawłem i Kusym pod Old Trafford, zrobić ostatnie zdjęcia. Dwie godziny snu dały nam się we znaki następnego dnia....


Powrót do Polski był bardzo męczący, prawie wszyscy spali zarówno w busie, jak i w samolocie. Na lotnisku w Liverpool zrobiliśmy jeszcze kilka grupowych zdjęć pod pomnikiem Lennona, który widząc tylu fanów United obok siebie pewnie przewracał się w grobie Podczas odprawy zaskakująco często byłem pytany o paszport, ale to chyba z racji tego, że jako jedyny z uczestników tripu miałem na sobie jeszcze koszulkę United. Po lądowaniu w Krakowie niektórych z nas czekała długa droga do domu, niektórzy dotarli dopiero późnym wieczorem, ale najważniejsze, że cali i zdrowi!

Tylu wrażeń naraz co w tamten weekend nie przeżyłem chyba nigdy. Jeśli ktoś chce się wybrać na mecz United, to tylko z ekipą MUSC. Atmosfera była nie do opisania i dziękuję Wam wszystkim chłopaki i dziewczyny, w szczególności jeszcze raz Tobie Wojtek za świetną organizację, a także naszemu pokojowemu The Trinity, w składzie Kusy, Paweł i ja Jedno jest pewne – na pewno kiedyś, może nawet wkrótce, tam wrócimy!

 



Relację przygotował MastaH.

 



dodany: 2012-03-14 08:00:00 , przez: admin